– Rozmawiamy nieco ponad tydzień po drugim w pani karierze 24-godzinnym biegu, w którym o 12 km pobiła pani swój dotychczasowy rekord życiowy. Doszła pani już do siebie po tak ekstremalnym wysiłku?
– Po biegu jest rzeczywiście bardzo ciężko. Nogi są napuchnięte, a człowiek tak naprawdę skończy bieg i przez następną godzinę ledwo chodzi. Organizm dochodzi do siebie powoli, ale jest to również kwestia indywidualna. Jedni mają gorączkę, inni są bardzo osłabieni. Można to porównać do jakiejś cięższej choroby. Trzeba zatem dać sobie czas na regenerację, która jest bardzo potrzebna. Ja już po trzech dniach poszłam na trening, tzn. na lekki rozruch na rowerze. Natomiast dzień później już sobie coś tam potruchtałam. Dziś czuję się bardzo dobrze.
– Biec przez 24 godzinny i pokonać dystans niewiele mniejszy niż odległość, jaka dzieli Rzeszów i Katowice – dla zwykłego śmiertelnika to niewyobrażalne. Jak to się robi?
– Bardzo lubię bieganie długodystansowe i bardzo lubię stawiać przed sobą nowe wyzwania. Lubię też pracować nad tym, aby moja kondycja była coraz lepsza. I jest lepsza! W 24-godzinnym biegu trzeba jednak być przede wszystkim przygotowanym na ból, który towarzyszy zawsze przy tak ekstremalnym wysiłku.
– Jak wyglądała rywalizacja w Pabianicach?
– Zaczęliśmy o godz. 7 w sobotę i skończyliśmy o godz. 7 w niedzielę. Normalnie w tym czasie śpimy, jemy, pracujemy, odpoczywamy, a my tymczasem przez 24 godziny skupialiśmy się tylko na bieganiu i trasie. To była pętla po parku o długości 1,75 km. W trakcie biegu mogliśmy zejść do toalety, coś zjeść, zrobić sobie przerwę, ale generalnie chodziło o to, aby przebiec jak najwięcej kółek.
– Jeśli dobrze liczę, to pani pokonała wspomnianą pętlę 122 razy. Nie zakręciło się w głowie? Nie znudziły się wciąż powtarzające się widoki?
– Mimo, że to wydaje się powtarzalne, na każdej pętli jest coś innego. A to ptaszek zaśpiewa, a to włączą i wyłączą latarnie, robi się noc, potem nastaje dzień. No i przede wszystkim są ludzie, bo przecież mijamy się wciąż na trasie z innymi zawodnikami, więc jest okazja by zamienić kilka słów czy wymienić jakieś uwagi.
– Ma pani jakiś swój sposób na to, aby pętla za każdym razem była inna?
– Staram się skupiać za każdym razem na czymś innym. Nie można mieć takiej myśli: „O rany, znowu ta sama trasa, o matko, znowu to samo drzewo!”. Wokół jest też dużo wolontariuszy, przyjaznych dusz oraz osób, które podają jedzenie i picie. Przy okazji zawsze też ktoś coś miłego powie, tak więc jest urozmaicenie i wbrew pozorom czas mija naprawdę szybko.
– Dystans, jaki pani przebiegła robi wrażenie. Jak wyglądają przygotowania do takiego biegu?
– To są przede wszystkim wcześniejsze lata treningów. Miałam już okazję startować w zawodach długodystansowych choćby w Rzeszowie czy w górach. Jednak przede wszystkim od roku trenuję z niezwykle mądrym i doświadczonym trenerem, jakim jest pan Czesław Macherzyński, którego podopiecznym jest również aktualny mistrz Polski, Andrzej Piotrowski.
– Jak stolica Podkarpacia wypada na tle innych miast, w których organizowane są biegu długodystansowe?
– Rzeszów jest bardzo dobrze przygotowany do biegowych imprez. Jest przede wszystkim bardzo dużo kibiców na trasie, a dla miasta jest to niesamowita impreza, czego nigdzie wcześniej nie widziałam. Mistrzostwa Polski są taką bardziej kameralną rywalizacją, ponieważ jest mniej kibiców, a w wielu przypadkach są to również imprezy zamknięte, po wcześniejszej selekcji zawodników. No i oczywiście w Rzeszowie fajnie się biega ze względu na tereny, drogi czy ścieżki, które się po prostu zna.
– Tego typu imprezy są okazją nie tylko do sportowej rywalizacji…
– To, co łączy wszystkie biegi, niezależnie gdzie się odbywają, to okazja, by spotkać się z wieloma ludźmi i to też jest bardzo fajne i miłe. Wszyscy się znamy, szanujemy, czujemy respekt do drugiego zawodnika, który niejednokrotnie musi wykonać bardzo dużo pracy. Często nawet cięższej niż my sami.
– Jakie ma pani wskazówki dla osób, które chciałyby spróbować swoich sił w tak ekstremalnych biegach?
– Bardzo dobre pytanie. Myślę, że na początku trzeba dać sobie przede wszystkim czas. Zresztą dotyczy to wszystkiego, czego człowiek się uczy. Tak więc cierpliwość na pierwszym miejscu. Nie można patrzeć tylko na cyferki, ale przede wszystkim na swój organizm, by jak najlepiej go poznać. Jeśli są jakieś niepokojące symptomy czy kontuzje, to absolutnie odpuszczać i zbadać przyczynę. Nie można iść w zaparte, bo tamten czy tamta biegają, to ja też muszę. Nie każdy ma bowiem predyspozycje do tak ekstremalnego wysiłku. Jeden będzie się specjalizował w porannych joggingach i będzie mieć świetną figurę, inny natomiast będzie się dobrze czuł na krótszych biegach, a jeszcze inny będzie mógł pomagać przy biegach np. jako wolontariusz. Tak że podsumowując – przede wszystkim trzeba dać sobie czas i poczuć, czy faktycznie człowiek nadaje się na takie biegi.
– Kiedy znowu będziemy mogli panią zobaczyć na biegowych trasach?
– W listopadzie czekają mnie mistrzostwa Polski w Warszawie, czyli supermaraton na dystansie 100 km, gdzie wystartują najlepsi ultramaratończycy w naszym kraju. Co do wcześniejszych startów, to zobaczymy jeszcze, czy w Krakowie odbędzie się bieg 6-godzinny. W tamtym roku brałam w nim udział i zajęłam 1. miejsce, więc mam nadzieję że w tym roku ponownie dojdzie on do skutku, a ja będę chciała poprawić swój zeszłoroczny wynik, czyli niecałe 70 km jakie wówczas przebiegłam. Jeśli nie Kraków, to pewnie będzie mnie czekał jakiś start w górach, no i oczywiście jesienny maraton w Rzeszowie, ponieważ jak już wspomniałam lubię u nas biegać. Może jeszcze gdzieś przy okazji wpadnie jakaś „dyszka”, tak aby móc się też trochę mocniej pościgać. Tak więc cały czas coś się będzie dziać.
Rozmawiał Marcin Jeżowski


