Zdzieram gardło, mówię, co myślę

Marcin Wojtowicz ma 35 lat. Zanim trafił do Rzeszowa, pracował w Muszyniance, Sparcie Warszawa i Wiśle Kraków oraz z reprezentacją Polski kadetek i juniorek. Fot. Paweł Bialic
Marcin Wojtowicz ma 35 lat. Zanim trafił do Rzeszowa, pracował w Muszyniance, Sparcie Warszawa i Wiśle Kraków oraz z reprezentacją Polski kadetek i juniorek. Fot. Paweł Bialic

I LIGA KOBIET. Trener Developresu Rzeszów Marcin Wojtowicz o góralskim charakterze, pisaniu historii i specyfice pracy z kobietami.

Developres Rzeszów zajmuje po I rundzie sezonu zasadniczego pierwszej ligi drugie miejsce w tabeli. Beniaminek przegrał tylko jedno spotkanie.

– Denerwują pana pytania o awans Developresu do ekstraklasy czy już się pan przyzwyczaił?
– Przyzwyczaiłem się. Może i bym się irytował, gdyby coś było na rzeczy. Ale tematu awansu nie ma. Jesteśmy beniaminkiem, mamy za sobą bardzo udaną pierwszą rundę, przed sobą drugą, znacznie trudniejszą. I na tej codziennej pracy się koncentrujemy.

– I w szatni o Orlen Lidze dziewczęta nie rozprawiają?
– Temat pojawia się w mediach. Dziennikarze mają prawo do spekulowania i my to rozumiemy. Jednak o ataku na ekstraklasę porozmawiamy, jak zespół znajdzie się w play-offach.

– Nie wyszedł wam w tej rundzie jeden mecz, za to taki, który decydował o pierwszym miejscu w tabeli. 3-0 dla KSZO sugeruje, że ten zespół jest wyraźnie lepszy od Developresu, ale to chyba nie do końca prawda?
– Drużyna z Ostrowca Świętokrzyskiego nie jest na tyle lepsza, żebyśmy przegrywali z nią seta do 8 i pozostałe też bardzo wyraźnie. O bolesnej porażce zadecydowała dyspozycja dnia. Moje podopieczne nie wytrzymały również ciśnienia. Z każdej strony słyszały, jaki to kluczowy pojedynek: że to mecz na szczycie, hit kolejki, starcie niepokonanych. Balon pękł z hukiem, choć – paradoksalnie – może nam to wyjść na dobre. Nie ma już presji, ludzie przestali mówić, że jesteśmy rewelacją sezonu. Gdy znów mogliśmy robić swoje, wygraliśmy kolejne trzy spotkania.

– Razem z KSZO dominujecie i trudno się spodziewać, że coś się zmieni w II rundzie. Ta liga do specjalnie mocnych chyba nie należy?
– Jest bardziej przewidywalna niż jeszcze rok temu. Wtedy siedem drużyn walczyło o miejsce w „czwórce”, dziś podział jest dość wyraźny. Mimo wszystko trzeba się mieć na baczności. Najważniejsze będą trzy najbliższe mecze: z Budowlanymi Toruń, Murowaną Gośliną i Zawiszą Sulechów.

– Dysponuje pan szeroką, wyrównaną kadrą, klub jest poukładany organizacyjnie, ale zakładam, że zawsze może być lepiej. Zatem, co należy poprawić w pierwszej kolejności?
– Zbyt często „falujemy”, dlatego dążymy do ustabilizowania formy. Musimy też pozmieniać akcenty. Nie może być tak, że bazujemy na jednym rozegraniu i Pauli Szeremecie w ataku, bo rywale momentalnie nas „rozczytają”. Tymczasem to my chcemy zaskakiwać. I zdradzę panu, że kilka niespodzianek na drugą część sezonu przygotowaliśmy (śmiech).

– W Krakowie, gdzie pan wcześniej pracował, mierzył się pan z legendą Wisły. Stawał pan na głowie, by wskrzesić klub, który lata świetności ma za sobą. W Rzeszowie buduje pan coś od podstaw. Co jest większym wyzwaniem?
– Nie potrafię wskazać. Hmm, ciekawe pytanie, nigdy się nad tym nie zastanawiałem…W Wiśle trzeba dźwigać na barkach ponad 100 lat tradycji. Tamtejsi kibice są przeświadczeni, że „Biała Gwiazda” nieustannie jest wielka i musi wygrywać wszystko, co się da. Po prostu „Wisła pany!”. Developres to nowy projekt, ale przecież każdy klub kiedyś zaczyna. Mam wielki szacunek dla osób, które chcą pisać historię. W Krakowie i w Rzeszowie spotkałem ludzi z pasją, zaangażowanych w to, co robią. Bardzo to sobie cenię.

– Na razie Developres jest pupilkiem mediów. Dziennikarze i kibice stęsknili się za żeńską siatkówką w dobrym wydaniu. Od upadku Zelmeru minęło właśnie 10 lat.
– Na razie jest fajnie, bo dziewczyny wygrywają (śmiech). Ale tak na poważnie, cieszę się, że trafiłem na grupę ludzi, których nie trzeba przekonywać do ciężkiej pracy. Mam nadzieję, iż uda się zbudować coś trwałego.

– Oszczędny do przesady, uparty, kłótliwy i za kołnierz nie wylewa. Oto góral, a pan pochodzi przecież z Suchej Beskidzkiej! Do jakich cech charakteru się pan przyznaje?
– Chyba do wszystkich (śmiech). Cóż, nie jestem typem faceta, z którym łatwo się dogadać. My, górale, hołdujemy zasadzie: co wewnątrz, to na zewnątrz. Widać to także na meczach, gdy zdzieram gardło i „gram” razem ze swoimi zawodniczkami.

– Grał pan w piłkę ręczną jeszcze na studiach w AZS AWF Kraków. Skąd więc miłość do siatkówki?
– W Suchej Beskidzkiej mieliśmy piłkę nożną i ręczną. Ojciec grał w szczypiorniaka, więc poszedłem w jego ślady. Ale grałem też w siatkę, w trzeciej lidze. I jak to w życiu bywa, zawitałem przypadkowo do Muszyny, gdzie zacząłem pracować z grupami młodzieżowymi i spotkałem trenera Bogdana Serwińskiego. Przeszedłem wszystkie szczeble i ani się spojrzałem, a od tamtego czasu upłynęło 11 lat.

– Zawsze chciał pan pracować z dziewczynami? Tylko prawdziwi twardziele się do tego nadają.
– Żeby pan wiedział! Jest taka anegdota: doświadczony trener tłumaczy, że z kobietami pracuje się super, a byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie to, że są one zazdrosne, kapryśne, wciąż mają kłopoty z dziećmi, mężami i narzeczonymi i biegają na zakupy. Ja się przyzwyczaiłem i nie narzekam. To niełatwy kawałek chleba, za to bardzo satysfakcjonujący!

Rozmawiał Tomasz Szeliga

Leave a Reply

Your email address will not be published.