Wracam dwa razy mocniejszy

Kamil Radulj wierzy, że wiosną znów poprowadzi Stal Mielec do zwycięstw. Fot. Paweł Bialic
Kamil Radulj wierzy, że wiosną znów poprowadzi Stal Mielec do zwycięstw. Fot. Paweł Bialic

II LIGA. Pomocnik Stali Mielec, Kamil Radulj, o zmaganiach z kontuzją, marzeniach, które się nie zmieniają i zniewalającym uśmiechu syna.

Rewelacyjny w pierwszej części sezonu beniaminek z Mielca w rundzie rewanżowej powinien być jeszcze silniejszy. Do treningów wrócił jeden z filarów drużyny Kamil Radulj.

– Jak zdrowie?
– Na szczęście po kontuzji nie ma śladu. Swoje jednak przeżyłem, bo początkowa diagnoza brzmiała mało optymistycznie: zerwanie wiązadeł krzyżowych. Szukałem ratunku, gdzie się dało, jeździłem po Polsce, tymczasem najlepszy specjalista znajdował się po sąsiedzku, w Rzeszowie. Doktor Białek, bo o nim mówię, fantastycznie się mną zaopiekował. Wiązadło było tylko naderwane, należało natomiast zszyć łękotkę. Koniec końców, dziś kolano jest jak nowe, z czego jestem bardzo szczęśliwy.

– Stal grała jesienią jak z nut, a pan to wszystko oglądał z trybun. Co pan czuł?
– Cierpiałem potworne katusze. Wolałem, jak Stal grała na wyjeździe (śmiech).

– Szefowie Stali mówią o panu: nasza perła. Ale po tak dobrej rundzie będzie się pan pewnie musiał postarać, by przebić się do składu?
– Za ładne oczy grać nie będę, to pewne. Nie przy tym trenerze! I bardzo dobrze, walka o miejsce może przynieść drużynie same korzyści.

– Niebawem skończy pan 26 lat i wejdzie w najlepszy dla piłkarza wiek. Myśli pan jeszcze o ekstraklasie?
– Gdybym nie myślał, to już dawno dałbym sobie spokój z piłką. Mam te same marzenia, co kilka lat temu.

– Najbliżej ekstraklasy był pan w 2007 roku, jako zawodnik Korony Kielce. Dlaczego się nie udało?
– Hmm, inne było myślenie, inne podejście do obowiązków… Zagrałem jedynie w Pucharze Polski i w Pucharze Ekstraklasy.

– Zastanawiał się pan, w którym miejscu by się znajdował, gdyby nie kontuzje?
– Pewnie wszystko inaczej by się potoczyło. Wierzę jednak, że nic się nie dzieje bez przyczyny. Pierwsze dni zawsze są najtrudniejsze, człowiek jest bliski załamania. Podnosi się głównie dzięki wsparciu najbliższych. Ale kij ma dwa końce: po każdej kontuzji wracam na boisko dwa razy mocniejszy.

– A nie boi się pan, że kiedyś powiedzą o panu: miał papiery na grę, ale brakło mu szczęścia?
– Może tak być. Jednak jest jeszcze trochę czasu, by pójść w górę (uśmiech).

– Nie wszyscy wiedzą, że swego czasu próbował pan szczęścia w Hiszpanii i Niemczech.
– Współpracowałem z menedżerem z Krakowa, który załatwił mi testy w Kadyksie. Posiedziałem w Hiszpanii kilka dni, ale do podpisania umowy nie doszło. Potem na jednym z meczów młodzieżowej reprezentacji Polski wypatrzyli mnie skauci Bayeru Leverkusen. W Niemczech było super, ponoć byli ze mnie zadowoleni, lecz i tutaj nie zakotwiczyłem. Do dziś tak naprawdę nie wiem, co stanęło na przeszkodzie.

– Ponoć był z pana rozrywkowy chłopak, ale wszystko zmieniło się 1 stycznia 2013 roku, gdy na świecie pojawił się niejaki Oliwier?
– No, trochę się zmieniło (śmiech). Ale tak poważnie, uśmiech synka jest w stanie zdziałać cuda. To najlepsza odtrutka na gorszy dzień. Ostro trenujemy z Oliwierem, jak zobaczy piłkę, to jest jeden wielki pisk.

– Mały to nie byle kto…
– Wiem do czego pan zmierza (śmiech). Oliwier to pierwszy krośnianin urodzony w 2013 roku. Byliśmy z żoną totalnie zaskoczeni, gdy pielęgniarka zaczęła nam gratulować. Wcześniej na świat przyszło dwoje innych dzieciaków, ale okazało się, że rodzice nie byli zameldowani w Krośnie.

– Czego panu życzyć w 2014 roku?
– Tylko zdrowia! Ono jest najważniejsze.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

Leave a Reply

Your email address will not be published.