Mikołaj i Śnieżynka chcą oskarżyć Brytyjczyków

Zdjęcia z wypadku Mikołaja i Śnieżynki obiegły polskie i zagraniczne media. Mimo że wypadek wyglądał groźnie, para na szczęście nie odniosła poważnych obrażeń. Fot. Zdzisław Mołodyński
Zdjęcia z wypadku Mikołaja i Śnieżynki obiegły polskie i zagraniczne media. Mimo że wypadek wyglądał groźnie, para na szczęście nie odniosła poważnych obrażeń. Fot. Zdzisław Mołodyński

USTRZYKI DOLNE, WIELKA BRYTANIA. Nieprawdziwe informacje o wypadku Mikołaja i Śnieżynki wyszły z brytyjskiej agencji.

Brytyjskie media, które w nieprawdziwy sposób opisały historię wypadku Mikołaja i Śnieżynki, który wydarzył się w Ustrzykach Dolnych, otrzymały artykuł jako depeszę z agencji Central European News specjalizującej się w informacjach z naszej części Europy. Informację potwierdza jedna z brytyjskich dziennikarek, która pracuje dla portalu huffingtonpost.co.uk. Tekst o wypadku ukazał się tam podobnie jak w dzienniku Daily Mail i kilku innych brytyjskich mediach 23 grudnia ubiegłego roku, czyli dzień po feralnym wypadku.

Wszędzie historia została opowiedziana słowami rzekomych świadków, ale w zupełnie nieprawdziwy i przekłamany sposób. W tekstach, które brzmią bardzo podobnie, czytamy, że para, która miała wypadek jadąc saniami była kompletnie pijana. Osoby, na których relację powołują się brytyjskie media, a są to m.in. Zdzisław Mołodyński, mieszkaniec Ustrzyk Dolnych, naoczny świadek wypadku, autor zdjęć, które obiegły polskie i brytyjskie media oraz Dorota Głazowska-Krzywdzik, rzeczniczka ustrzyckiej policji. W rozmowie z naszą reporterką oboje zaprzeczają wypowiedziom, na które powoływał się m.in. Daily Mail. Mało tego, oboje zarzekają się, że nikt z brytyjskich dziennikarzy nawet z nimi nie rozmawiał.

– Nikt do mnie nie zadzwonił, nie prosił o wypowiedź. Zdjęcia też wzięli bez mojego pozwolenia. Powołanie się na moje słowa, które na dodatek są wierutnym kłamstwem, to już zachowanie poniżej wszelkiej krytyki – mówił na łamach naszego dziennika pan Zdzisław.

Po tym, jak sprawą zainteresowali się nasi dziennikarze oraz Ambasada Polski w Londynie, Daily Mail ściągnął tekst z publikacji. – Cieszę się, że zareagowali, ale myślę, że cała sprawa zabrnęła za daleko. Nie wszyscy uwierzyli w moje tłumaczenia, że Daily wszystko zmyślił. Byli tacy, którzy mi grozili, wyzywali mnie, pytali, ile na tym wszystkim zarobiłem. Doszło do tego, że bałem się wychodzić z domu. Gdybym wiedział, że tak się to skończy, nigdy nie zrobiłbym tych zdjęć. Minie jeszcze dużo czasu, zanim ponownie wezmę aparat do ręki – mówi pan Zdzisław zawieszając głos.

Relacja brytyjskich mediów wprawiła w konsternację nie tylko rzekomych świadków wypadku, ale przede wszystkim jej bohaterów, pana Roberta i Iwonę Wochów. – Pomówili nasze dobre imię, nie zostawię tak tego. Pociągnę do odpowiedzialności każdą osobę, która przyczyniła się do zniesławienia mnie i mojej żony – mówi zdenerwowany.

Oboje są osobami dobrze znanymi w Ustrzykach Dolnych. Pan Robert pracuje jako nauczyciel, jest też tłumaczem przysięgłym języka niemieckiego. Jego 36-letnia żona, która feralnego dnia jechała razem z nim saniami, jest prezeską Lokalnej Grupy Działania “Zielone Bieszczady”, organizacji pozarządowej, która działa na terenie pięciu bieszczadzkich gmin pogranicza.

Choć jak mówi pan Robert, medialna burza, jaka rozpętała się wokół wypadku nie odbiła się do tej pory na ich życiu zawodowym, przyznaje, że ma żal do osób odpowiedzialnych za to, w jaki sposób on i jego żona zostali przedstawieni w mediach. – To jakieś totalne bzdury. W głowie mi się nie mieści, że można wypisywać takie kłamstwa – bulwersuje się pan Robert i mówi dalej. – Nasi znajomi i wieloletni współpracownicy wiedzieli, że to, co napisały media to wierutne kłamstwo, no ale jakiś niesmak jednak pozostał. Nie wszyscy przecież znają nas osobiście. Na pewno wśród czytelników znalazł się ktoś, kto pomyślał o nas jak o nieodpowiedzialnych pijakach. W jakiś sposób zaważyło to więc na naszym wizerunku, naraziło nas na szkody – przyznaje pan Robert.

Pan Robert złożył w leskiej prokuraturze doniesienie o pomówieniu jego, jego żony, ustrzyckiej policji i Polaków. Teraz czeka na decyzję, czy prokuratura zdecyduje się wszcząć śledztwo w tej sprawie. – Początkowo nie miałem najmniejszej ochoty komentować oszczerstw, które pojawiły się w mediach na temat mój i mojej żony. Jednak kiedy zobaczyłem, jak szerokim echem odbija się ta sprawa, pomyślałem, że nie będę chował głowy w piasek i muszę walczyć o dobre imię mojej rodziny. Domyślam się, że nie jestem pierwszą osobą, którą spotkała taka sytuacja i pewnie nie ostatnią. Dlatego zrobię wszystko, aby kłamstwa na nasz temat zniknęły z przestrzeni publicznej – zapowiada pan Robert.

Małżeństwo ma też żal do pana Zdzisława, autora zdjęć, które obiegły polskie i zagraniczne media. Obwiniają go za zamieszanie, jakie się wokół nich rozpętało. – Zamiast pomóc biegał z aparatem i robił nam zdjęcia. Zachował się jak zwykły paparazzi, który szuka taniej i krwawej sensacji. To niemoralne i nieetyczne, zwłaszcza fotografowanie twarzy w takiej sytuacji. Jestem tym szczególnie oburzony – przyznaje szczerze pan Robert. Nie ma tutaj mowy o żadnym usprawiedliwieniu jego zachowania. Będę się starał, aby poniósł konsekwencje – dodaje.

Przypomnijmy. Do wypadku doszło w niedzielę, 22 grudnia. Tego dnia w Ustrzykach Dolnych odbywał się świąteczny kiermasz. Jedną z atrakcji tej imprezy miał być przyjazd Mikołaja i Śnieżynki na saniach. Święty miał rozdawać słodycze zebranym na deptaku dzieciom. W pewnym momencie koń, który ciągnął sanie, spłoszył się i rzucił do galopu. Z relacji świadków wynika, że przebiegł około 200 metrów, po czym uderzył w róg budynku. W wypadku ranne zostały dwie osoby: powożący saniami 45-letni mężczyzna, który był przebrany za Mikołaja i jego 36-letnia żona, przebrana za Śnieżynkę. Mocno poobijani zostali przewiezieni do szpitala w Ustrzykach Dolnych. Po udzieleniu im pomocy medycznej mężczyzna opuścił szpital, kobieta pozostała na obserwacji. Nikt inny nie został ranny.

Martyna Sokołowska

Leave a Reply

Your email address will not be published.