Po meczu z Chorwacją kląłem jak szewc

- Po wyleczeniu kontuzji znów będę robił wszystko, by przekonać do siebie selekcjonera Michaela Bieglera - zapowiada lider Stali Mielec Rafał Gliński. Fot. Wit Hadło
– Po wyleczeniu kontuzji znów będę robił wszystko, by przekonać do siebie selekcjonera Michaela Bieglera – zapowiada lider Stali Mielec Rafał Gliński. Fot. Wit Hadło

PIŁKA RĘCZNA. Rozmowa z Rafałem Glińskim, rozgrywającym Stali Mielec, reprezentantem Polski.

Po porażce z Chorwacją 28-31, w piątek Polska zagra o 5. miejsce mistrzostw Europy z Islandią (godz. 16). – Trzeba uważać. Rywale wiedzą, o co w tej zabawie chodzi – podkreśla Rafał Gliński. Rozgrywający Stali Mielec walczył o wyjazd na turniej do Danii, doznał jednak kontuzji i kolegom kibicował sprzed telewizora.

– Dlaczego przegraliśmy z Chorwacją?
– Piłka ręczna to gra błędów, Chorwaci popełnili ich mniej i to oni zagrają o medale. Szkoda, bo była szansa na coś więcej. Zwłaszcza w pierwszej połowie prezentowaliśmy się obiecująco. O porażce zadecydowały niewykorzystane sytuacje sam na sam z bramkarzem, nietrafione dwa karne i fatalny początek drugiej połowy. Przegraliśmy ten fragment 0-5.

– Chorwaci mieli Ivano Balica, teraz mają Domagoja Duvnjaka. Regularnie grają o medale. Jak oni to robią?
– Dobre pytanie. Rozmawialiśmy o tym z kolegami ze Stali i wyszło nam, że ten niewielki kraj musi posiadać fantastyczny system naboru i szkolenia. Taki Ivan Slisković za dwa, trzy lata będzie gwiazdą światowego formatu. Albo Damir Bicanić. Facet był niewidoczny, ale jak tylko wchodził na boisko, zdobywał bramki w kluczowych momentach. Na końcu wyszło, że trafił 5 na 5. Chorwacja to nie tylko Duvnjak i Igor Vori, ale i utalentowana młodzież.

– Zgadza się pan, że Polska i tak osiągnęła maksimum na tych mistrzostwach?
– Po porażkach z Serbią i Francją w grupie, nikt nie liczył, że będziemy walczyć o medale. Mimo wszystko uważam, że niedosyt pozostanie, przynajmniej przez kilka najbliższych tygodni. Bo Polska z każdym kolejnym meczem się rozkręcała, grała coraz lepiej.

– Biało-czerwoni znajdą motywację, by w piątek rozprawić się z Islandią?
– Jestem o tym przekonany. Wystarczy, że przypomną sobie, iż to wyspiarze wybili nam z głowy marzenia o medalu igrzysk w Pekinie. Jeśli ustawimy mur w obronie i przypilnujemy najlepszego lewoskrzydłowego świata Gudjona Sigurdssona, ukończymy turniej na wysokim, piątym miejscu.

– Jedną nogą był pan w Danii, ostatecznie na turniej jednak nie pojechał. Długo to w panu siedziało?
– Kontuzja uniemożliwiła mi walkę o wyjazd do Danii. Gdybym był zdrowy, być może przekonałbym trenera, że warto mi zaufać. Ale cóż, takie rzeczy w sporcie się zdarzają. Zdrowie jest najważniejsze, a z batalii o miejsce w kadrze oczywiście nie rezygnuję!

– Jakie to uczucie, oglądać kolegów siedząc przed telewizorem?
– Rewelacyjne, jeśli wygrywają. Po meczu z Chorwacją kląłem jednak jak szewc. Złorzeczyłem na cały świat, bo przecież nie na chłopaków, którzy zostawili serce na boisku (śmiech).

– Sławomir Szmal, Mariusz Jurkiewicz, Bartosz Jurecki, Krzysztof Lijewski – który z nich zasłużył podczas turnieju na najwyższą notę? A może jest ktoś inny?
– Wymienił pan liderów, na nich zawsze będzie się opierać gra polskiej reprezentacji. Dla mnie odkryciem mistrzostw jest natomiast skrzydłowy Kuba Łucak. Szalenie skromny chłopak z Głogowa, wcześniej mało komu znany. Strasznie się zaniepokoiłem, gdy padł na boisko po zderzeniu z Piotrkiem Grabarczykiem. Zaraz po meczu wysłałem do „Lijka” esemesa, pytając, czy młodemu nie stało się nic poważnego (na szczęście uraz okazał się niegroźny – red.).

– Trener Michael Biegler nie ma w Polsce najlepszej prasy. Czy jednak nie powinniśmy mu bardziej zaufać?
– Wiadomo, że działacze związku, dziennikarze i kibice rozliczać go będą za wyniki. Warto jednak zauważyć, że Niemiec konsekwentnie dąży do realizacji swoich celów. Sprawą priorytetową jest gra w obronie i wyjście z kontrą. To na tym ma się opierać gra polskiej drużyny i w Danii całkiem nieźle to wyglądało.

– Kto zostanie mistrzem Europy?
– W finale spotkają się Dania z Francją. Wygrają gospodarze.

– Na koniec pytanie o własne podwórko. Śląsk Wrocław, gdzie zaczynał pan karierę, znajduje się na najlepszej drodze, by wrócić do elity. Nie ciągnie pana w rodzinne strony?
– Zawsze ciągnie, ale teraz liczy się tylko Stal Mielec. Oczywiście mam nadzieję, że Śląsk odbuduje swoją pozycję. Takie miasto jak Wrocław zasługuje, by mieć drużynę w ekstraklasie. Byłoby to z korzyścią dla całej dyscypliny.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

Leave a Reply

Your email address will not be published.