Potrójne zabójstwo? Matka i dwoje dzieci nie żyją

W tym małym bloku doszło do największej tragedii w powojennej Lipie. Wszyscy teraz zadają sobie pytanie: - Dlaczego? Fot. Jerzy Mielniczuk
W tym małym bloku doszło do największej tragedii w powojennej Lipie. Wszyscy teraz zadają sobie pytanie: – Dlaczego? Fot. Jerzy Mielniczuk

LIPA, STALOWA WOLA. Wieś bardziej niż wstrząśnięta. Na popołudniowych mszach modlono się za dusze dopiero co zmarłych. Zmarłych w bardzo tajemniczych okolicznościach.

– Śmierć patronuje tej klatce – mówi mieszkaniec bloku obok poczty w Lipie. Wczesnym niedzielnym popołudniem został otoczony policyjnymi radiowozami i taśmami. W jednym z mieszkań leżały zwłoki trzech osób: 37-letniej matki i jej dwojga dzieci. Znalazła je najstarsza z córek. Gdyby nie poszła na mszę do kościoła, prawdopodobnie też by nie żyła. Tragedia, jakiej powojenna Lipa nie pamięta. Wcześniej w tej samej klatce samobójstwo popełniły trzy inne osoby i to w nieodległym czasie. W ostatniej tragedii też mogło dojść do samobójstwa.

Ok. godz. 14. w kierunku Lipy mknęły ze Stalowej Woli radiowozy i karetki pogotowia. Służby zostały zawiadomione o makabrycznym odkryciu. Dokonała go nastoletnia dziewczyna. Z koleżanką wróciła właśnie z niedzielnej mszy. Gdy otworzyła kluczem drzwi, zobaczyła zwłoki najbliższych jej osób w kałużach krwi. W strachu dziewczęta uciekły.

Córka umierała objęta przez matkę
– Jej krzyk był przerażający – mówi sąsiad. – Wybiegliśmy z mieszkań i zobaczyliśmy uchylone drzwi od mieszkania na drugim piętrze. Jeden z nas wszedł i zaraz wyszedł, mówiąc, że chyba cała rodzina nie żyje. Przekroczyłem próg i zaraz się wycofałem. W mieszkaniu było pełno krwi. W jednym pokoju leżała zabita córka. Martwa matka jeszcze obejmowała ją ręką. Z drugiego pokoju wystawały nóżki najmłodszego dziecka.

Policjanci długo czekali na prokuratora. Zapadła decyzja o sprowadzeniu policyjnych techników z Komendy Wojewódzkiej z Rzeszowa. Przyjeżdżali, gdy zapadał zmierzch. Prokuratura z informacjami wstrzymuje się do poniedziałku. W mieszkaniu w byłym bloku zakładowym Nasycalni Podkładów Kolejowych doszło do czegoś tyle tragicznego, co niewytłumaczalnego. Policja najpierw poszukiwała ojca i męża zmarłych. Wkrótce okazało się, że kilka dni wcześniej wyjechał do Francji. Mieszkanie było zamknięte, stąd pierwsza wersja i chyba najbliższa prawdy, a przynajmniej wytłumaczalna, że matka zabiła przez poderżnięcie gardeł 6-letniego Wojtka i o cztery lata starszą Magdę. Potem w kuchni przecięła sobie tętnice i słabnąc, doczołgała się do pokoju i położyła przy córce. To wersja prawdopodobna, ale czy prawdziwa? To wyjaśni dogłębne śledztwo. Na razie nikt też nie wyklucza udziału osób trzecich. Stąd policyjna izolacja bloku.

Nic nie zapowiadało dramatu
Zastanawiające jest, że nikt z sąsiadów nic nie słyszał. Dramat, do którego doszło po godz. 12, nie mógł rozgrywać się w ciszy. Rodzina, w której tak nagle ubyło troje członków, w bloku w centrum Lipy mieszkała od 10. lat. Rodzice to osoby wykształcone. Zmarła była matematyczką i to dobrą, bo choć nie uczyła w szkole, to sporo dzieci z Lipy chodziło do niej na korepetycje. Nic, dosłownie nic w zachowaniu tej rodziny nie wskazywało na jakikolwiek kryzys. A może nikt nie umiał jego symptomów odczytać.

Jerzy Mielniczuk

8 Responses to "Potrójne zabójstwo? Matka i dwoje dzieci nie żyją"

Leave a Reply

Your email address will not be published.