A w schronisku ciasnota, że aż!

- Nasze drzwi są zawsze otwarte i ciepłym posiłkiem podzielimy się z każdym - mówi kierownik Zenon Gielarek. Fot. Jerzy Mielniczuk
– Nasze drzwi są zawsze otwarte i ciepłym posiłkiem podzielimy się z każdym – mówi kierownik Zenon Gielarek. Fot. Jerzy Mielniczuk

STALOWA WOLA. Bezdomność dotyka starych i bardzo młodych. Schroniska nie mogą odmawiać pomocy, ale też nie są z gumy i same bez pomocy długo nie pociągną.

Maleńkie schronisko męskie prowadzone przez Towarzystwo Pomocy Św. Brata Alberta pęka w szwach. Nie przez to, że nadchodzą ostrzejsze mrozy, ale przez ostrzejsze przepisy przeciwpożarowe. Cierpliwość strażaków się wyczerpała i przed zimą trzeba było część łóżek z przytuliska wynieść. Kierownik schroniska ma pod opieką prawie tyle samo osób, co poprzedniej zimy, ale teraz dużo więcej śpi na podłogach. I nie zanosi się na to, żeby kolejnej zimy było lepiej.

W schronisku jest 18 łóżek i 28 lokatorów. Na łóżkach śpią ci, którzy je sobie wcześniej zajęli, czyli w praktyce lokatorzy całoroczni. Albertyńska zasada mówi, że nikomu pomocy nie można odmówić, więc na miejsce w ogrzewanym pomieszczeniu i ciepłą strawę może liczyć każdy. Musi jednak pogodzić się ze spaniem na podłodze.

Bezdomny z dyplomem lekarza
Wcześniej łóżek było więcej. Budynek przy ul. Jaśminowej został zaadaptowany na schronisko z konieczności i nie spełnia większości wymogów. Był budowany z myślą o jednej rodzinie i klatka schodowa nie musiała być szeroka. Przeznaczenie jednak się zmieniło i choć miejsca na kilka jeszcze łóżek jest, nie można ich wstawić ze względów bezpieczeństwa. Towarzystwo Brata Alberta od kilku lat zabiega o pieniądze na rozbudowę schroniska, bo miejsca na działce jest wystarczająco. Co dziwne, wsparcia finansowego na rozbudowę solidarnie odmawiają samorządy miejski i powiatowy. Bezdomni nie są na tyle mocną siłą, by przekonać chociażby jednego radnego do konieczności zgłoszenia potrzeb schroniska do planu wydatków budżetowych. Nie mają zameldowania, to i nie głosują, a jak nie głosują, to radni z dystansem na ich potrzeby patrzą.

W Stalowej Woli liczbę bezdomnych szacuje się na 70 – 80. Dla nich schronisko pewnie by wystarczyło, ale do jego drzwi pukają coraz częściej mężczyźni, którzy ostatnie zameldowanie mieli w gminach ościennych, albo i dalej. Nie zawsze udaje się ich odwieźć do „rodzimej” gminy. Coraz częściej też do schroniska przychodzą nowi i niestety, bardzo młodzi bezdomni. Był już chłopak 18-letni, któremu rodzina dała do zrozumienia, żeby sobie szukał dachu nad głową. Również przekrój zawodowy lokatorów jest różnorodny. Wielu nie ma nawet zasadniczego wykształcenia, ale w ub. roku przy Jaśminowej spał m.in. …lekarz.

Wszyscy bezdomni, ale tylko niektórzy zaradni
– Nie ma co kryć, że większość podopiecznych boryka się z problemem alkoholowym, ale wstępując pod nasz dach dają sygnał, że chcą z nim walczyć i trzeba im w tym pomóc – mówi Zenon Gielarek kierownik schroniska. – Jakiejś części się to udaje. Z czasem znajdują pracę, wynajmują mieszkania.

Większość stanowią jednak mężczyźni mniej zaradni. Zdani są tylko na pomoc Towarzystwa, a bractwo albertyńskie z kolei liczy na pomoc mieszkańców. Ot, chociażby w ubraniach dla mężczyzn. Potrzebne jest każde, byle czyste. Wystarczy zadzwonić do schroniska, a ktoś przyjedzie odebrać podarowane spodnie czy sweter.

Jerzy Mielniczuk

Leave a Reply

Your email address will not be published.