
Miała 24 lata, narzeczonego, z którym planowała ślub, i plany na przyszłość. Do ginekologa poszła na rutynową kontrolę. Okazało się, że ma raka. Wie, że stoczyła jedną z najważniejszych walk w życiu. I wygrała.
Zawsze dbała o zdrowie. Badała się regularnie. Podczas rutynowej kontroli u ginekologa lekarz wykrył u niej niewielkie zmiany w jajniku. Podczas operacji wycięcia guzka lekarze zadecydowali o usunięciu całego narządu. Wyniki histopatologiczne, które Anna traktowała jako zwykłą formalność, wykazały, że choruje na nowotwór.
– Mój lekarz podszedł do mnie razem z ordynatorem i wtedy usłyszałam: „Pani Aniu, mamy złą wiadomość. Wykryto u pani raka jajnika.” Zamarłam. Widziałam, że czekają na moją reakcję, na płacz, panikę, osłabnięcie. Po 20 sekundach usłyszałam swoje słowa: „Dobrze, więc co teraz robimy?” Tak właśnie powiedziałam. Bo wiedziałam, że damy radę, że wszystko musi być dobrze. Nie ukrywali zaskoczenia moją reakcją. Od tej chwili byliśmy w kontakcie – wspomina dziś Anna.
Kilka dni później jechała już do kliniki oddalonej o 600 km od jej rodzinnego miasta. Dopiero na miejscu dowiedziała się, że to nowotwór złośliwy i konieczna jest natychmiastowa chemioterapia.
– Najtrudniejsza wcale nie była dla świadomość, że będę musiała poddać się chemioterapii, wiedziałam, że ma mnie uratować. Najgorsze było zadzwonić do mamy i powiedzieć prawdę. Chciałam jej oszczędzić nerwów, stresów, zmartwienia. Mówię więc, że chemioterapię podejmuję profilaktycznie, by mieć 100 proc. pewności, że jestem zdrowa. Ale nie udało się. Mama doskonale wiedziała, z czym się wiąże słowo „rak” – opowiada Anna.
Inny świat
Zaczęła brać chemię. Znosiła ją różnie. Były wymioty, zmęczenie, osłabienie organizmu, w końcu zaczęły wypadać jej włosy. – Wydawało mi się, że jestem na to przygotowana. Przecież odrosną – myślałam. Okazało się, że nigdy nie można do końca przewidzieć własnych emocji. Płakałam, kiedy zaczęły wypadać. Z drugiej strony byłam na siebie zła, że walczę z rakiem, a przejmuję się włosami – wspomina.

Kiedy poczuła się lepiej, powrócił temat ślubu, który ze względu na chorobę postanowiła odwołać. Wspólnie z narzeczonym zajmowali się organizacją uroczystości, wybrała nawet sukienkę. Wszystko szło dobrze, aż do momentu, kiedy po kolejnej chemii lekarze powiedzieli jej, że jej stan wymaga radykalnej operacji, która uniemożliwi jej zajście w ciążę. Załamała się.
– Nawet będąc już w klinice próbowałam rozmawiać na temat możliwości uniknięcia operacji. Dopiero wtedy lekarze w zdecydowany sposób uświadomili mi, jaki jest stan mojej choroby, mówiąc, że rozczulam się operacją, myślę o dziecku, a tak naprawdę przecież walczę o życie. Otworzyły mi się oczy. Dotarło do mnie, że marzę o przyszłości, do której może nie dojść, ponieważ zabraknie czasu. Nie zdawałam sobie z tego sprawy aż do tamtego dnia – opowiada.
Po powrocie do domu po kolejnej chemii Anna zamknęła się w sobie. Samotnie udała się do zaprzyjaźnionego pensjonatu, by opanować emocje, przemyśleć wszystko. Od tego momentu zmieniła się. – Pogodziłam się nawet z myślą o śmierci. Co dziwne, wcale się tego nie bałam. Nigdy też nie zadawałam pytania „dlaczego ja?” – opowiada.
Dwie drogi
Pogarszający się stan zdrowia i złe samopoczucie psychiczne pchnęły ją do decyzji o odwołaniu ślubu. – Kochałam narzeczonego najbardziej na świecie, ale nie mogłam pozbawić go możliwości posiadania biologicznych dzieci – wyznaje. Kiedy Anna oznajmiła swoją decyzję partnerowi, był w szoku, ale nie zamierzał rezygnować z walki o ukochaną. – Powiedział, że doskonale zdawał sobie sprawę z mojego stanu i wiedział z czym się to wiąże. Był zdecydowany na adopcję – uśmiecha się Anna. Po długich rozmowach postanowili nie odwoływać planów.
– Odtąd moje życie miało dwie drogi. Jedną była walka z chorobą, tragedia, cierpienie i wielka niewiadoma, a drugim ślub, radość i szczęście. Zbliżała się ostatnia chemia i dzień ślubu. Moja kosmetyczka miała nie lada pole do popisu. Byłam bez rzęs, brwi, blada jak ściana. Fryzjerka też się spisała, układając plastikowe, krótkie włosy przyczepione do mojej głowy. Osoby, które nie wiedziały o chorobie wcześniej, niczego nie podejrzewały. Impreza była fantastyczna. Adrenalina zrobiła swoje, bawiliśmy się do rana – wspomina Anna.
W podróży poślubnej jej stan się pogorszył. Musieli wracać. Anna trafiła do szpitala, poddała się operacji. Długo dochodziła do siebie. Fizycznie jakoś dawała radę, psychicznie czuła się znacznie gorzej. – Miałam wahania nastroju. Każdy widok małego dzieciątka w telewizji czy wózka na ulicy powodował smutek, załamanie, poczucie braku własnej wartości. Prawie dwa lata zajęło mi pogodzenie się z brakiem możliwości posiadania biologicznych dzieci – wyznaje Anna.

Zaczęli poważnie myśleć o adopcji. Pewnego dnia, po upływie półtora roku od kwalifikacji adopcyjnej, zadzwonił telefon. – Nim się obejrzeliśmy, byliśmy już w domu we troje, my i nasz cudowny synek. Dnia, w którym po raz pierwszy go zobaczyliśmy, nie zapomnę nigdy – wzrusza się Anna.
Nowe życie
Z czasem wróciła do pracy. Postanowiła też wykorzystać swoje doświadczenia i założyła Stowarzyszenie na Rzecz Walki z Chorobami Nowotworowymi „SANITAS”, jedyne w regionie, gdzie na pomoc może liczyć każdy bez względu na wiek, płeć czy rodzaj nowotworu, na jaki choruje.
– Ja chorobę nowotworową mam już za sobą. Jak nikt inny wiem, jak ważne w czasie trwania choroby jest wsparcie. Każdy, kto się do nas zgłosi, może liczyć na poradę onkologa, opiekę psychologa, a także zwykłą rozmowę. Wierzymy, że skuteczna profilaktyka i edukacja zdrowotna zaowocuje w przyszłości zmniejszeniem liczby osób, u których chorobę nowotworową zdiagnozowano za późno.
– Jestem żywym dowodem na to, że z rakiem można wygrać. Po chorobie moje życie zmieniło się na lepsze. Cierpienie było „chwilą” a to, co dostałam w zamian, jest dla mnie bezcenne. Uwielbiam spędzać czas z rodziną, w gronie znajomych, robić rzeczy szalone, o których wcześniej nawet nie myślałam. Jestem wdzięczna za każdy dzień i jestem szczęśliwa!
Martyna Sokołowska



5 Responses to "Pokonała raka, teraz pomaga innym"