Amnestia dla morderców była błędem

- Ja, mając perspektywę 25 lat byłem spokojny o to, że w tym okresie czasu znajdzie się mnóstwo powodów, aby skutki tej amnestii naprawić - mówi Aleksander Bentkowski, ministr sprawiedliwości w latach 1989-1990. Fot. Wit Hadło
– Ja, mając perspektywę 25 lat byłem spokojny o to, że w tym okresie czasu znajdzie się mnóstwo powodów, aby skutki tej amnestii naprawić – mówi Aleksander Bentkowski, ministr sprawiedliwości w latach 1989-1990. Fot. Wit Hadło

Minister sprawiedliwości w latach 1989-1990 o kulisach powstania kontrowersyjnej ustawy o amnestii z 1989 roku.

– Mariusz T. wyszedł na wolność, mimo że niegdyś orzeczono wobec niego karę śmierci. Od kilku tygodni trwa poszukiwanie winnego. Ustawa o amnestii z 1989 roku to najczęściej wymieniana odpowiedź.
– Przyznam szczerze, że nie przypuszczałem, iż akurat te, w sumie wtedy drobne sprawy, dotyczące resortu którym kierowałem, odżyją po blisko 25 latach. Ustawa amnestyjna, która tak bardzo jest teraz krytykowana, była sztandarowym projektem OKP, czyli ludzi wywodzących się z Solidarności. To był jeden z pierwszych projektów tzw. ustaw poselskich (wnoszonych z inicjatywy posłów) jeszcze za czasów rządów Mieczysława Rakowskiego. Nasz rząd (Tadeusza Mazowieckiego – przyp. red.) został powołany 12 września 1989 roku. A ta ustawa wpłynęła do sejmu 10 sierpnia 1989. Wtedy jeszcze mój poprzednik, pan Łukasz Balcer, zwracał uwagę na to, że zamiana kary śmierci na karę 25 lat pozbawienia wolności jest bardzo ryzykowna, bo przecież taka osoba może potem korzystać z warunkowego przedterminowego zwolnienia i wyjść z więzienia po kilkunastu latach.

– Czemu miała służyć amnestia?
– Generalne przesłanie było takie: trzeba zmienić radykalnie wymierzane kary, który zapadały w czasie rządów komunistycznych. Polski kodeks karny był wtedy najbardziej represyjnym w Europie. Stwierdzono, że amnestia musi być wprowadzona. Przyznam szczerze, że wtedy debata ta mało mnie interesowała. Ale kiedy zostałem ministrem sprawiedliwości, położono mi projekt ustawy na biurku i powiedziano: „Panie Ministrze, musi się Pan w tej sprawie wypowiedzieć”.

– Jakie było Pana stanowisko? Był Pan za tak drastycznym złagodzeniem kar dla morderców?
– Dla mnie nie było przerażające to, że amnestia wpłynie na zamianę wyroku śmierci na 25 lat pozbawienia wolności. Takich osób było może osiem, dziewięć. Dla mnie ważniejszy był zapis mówiący o tym, że amnestia obejmuje tzw. recydywistów wielokrotnych, czyli ludzi, którzy popełniają najcięższe przestępstwa i co najgorsze, popełnili je dwa i więcej razy. Gdy podano mi statystyki, to okazało się, że wprowadzenie takiej amnestii doprowadziłoby do uwolnienia około 4,5 tys. więźniów. Recydywiści wielokrotni są najbardziej niebezpieczną grupą, osobnikami, z których co drugi popełnia przestępstwo kolejny raz po wyjściu z wiezienia i których trzeba otoczyć szczególną obserwacją po wyjściu na wolność. Nie było absolutnie możliwości, aby prowadzić wtedy operacje prewencyjne wobec takiej dużej grupy przestępców.

– Kto popierał takie rozwiązanie?
– Dyskusja trwała. Nie wszystkie kluby popierały takie stanowisko. Klub PZPR stwierdził, że jest za zniesieniem kary śmierci, ale proponował wprowadzenie pięcioletniego moratorium na jej wykonanie. Z kolei OKP, czyli Solidarność, uważała, że ustawa powinna pozostać w takiej formie, w jakiej została zaproponowana. PSL popierał amnestię z wyłączeniem zabójstw i recydywy wielokrotnej. Projekt wnosili znani posłowie, między innymi: Aleksander Małachowski, Jan Rokita, Józefa Hennelowa czy Barbara Labuda.

– W notatce z jednego z posiedzeń czytamy, że spotkał się pan z inicjatorami ustawy i zgodził się na objęcie amnestią recydywistów wielokrotnych.
– (śmiech) Już wtedy mogłem poznać się na działaniach niektórych klubów. Oczywiście, spotkanie się odbyło. Posłowie przedstawili swoją racje, a ja w dalszym ciągu uważałem, że nie może być mowy o objęciu amnestią recydywistów wielokrotnych. Poseł Józef Zych z PSL zaproponował, żeby z amnestii wyłączyć przestępców, którzy popełnili m.in. zbrodnię zabójstwa. Wniosek Solidarności o objęciu amnestią wszystkich dotarł do więźniów i zaczęły się bardzo poważne rozruchy. Przyznam, że byłem przerażony ich wielką determinacją. Zaczęło dochodzić do zabójstw. W więzieniu w Czarnej, na północy kraju, gdzie przebywało około 1,5 tys. recydywistów, więźniowie zabarykadowali się, zaczęli atakować funkcjonariuszy. Było podejrzenie, że zdobyli broń. Zaczęli stosować represje wobec tych, którzy nie podporządkowali się przywódcom i nie dołączyli do strajków. Był przypadek, że przywiązali jednego ze swoich kolegów do żelaznego łóżka i spalili jako nauczkę dla pozostałych. Wtedy, żeby ich spacyfikować, straż była zmuszona użyć broni. Trzech więźniów zginęło. Informacje zaczęły się rozprzestrzeniać po więzieniach i zaczęło dochodzić do podobnych, choć mniej drastycznych zdarzeń. Wtedy winą obarczano amnestię, która nie obejmuje recydywistów.

– Projekt ustawy wyłączający recydywistów wielokrotnych, zabójców, a nawet sprawców śmiertelnych wypadków komunikacyjnych trafił do Senatu…
– Senator Zbigniew Romaszewski mocno atakował wprowadzone przez Sejm zmiany. Bardzo stanowczo twierdził, że jest to przykład niezrozumienia naszej rzeczywistości, że wszyscy powinni wiedzieć, że dotychczasowe prawo było prawem represyjnym, które powinno się zmienić. Senat prawie jednomyślnie, a był to Senat składający się niemal w 99 proc. z Solidarności, przyjął objęcie amnestią wszystkich. Trzeba zaznaczyć, że cały czas przeciwny był temu senator Jarosław Kaczyński, który przekonywał, że ważne przede wszystkim jest bezpieczeństwo tych osób, które są poza więzieniami. Ja byłem przeciwny uleganiu presji więźniów, którzy wszczynali bunty. Uważałem, że gdybyśmy ulegli i wprowadzili ustawę w takiej formie, jaką zaproponował Senat, to pokazalibyśmy im słabość państwa. Te słowa przekonały posłów i poprawki zostały odrzucone. Ustawa o amnestii, w obecnej formie, została uchwalona 7 grudnia 1989 roku.

– Próżno w niej szukać zapisu o dożywotnim pozbawieniu wolności. Najgroźniejsi przestępcy zostali objęci karą zaledwie 25 lat…
– Kary śmierci nie można było zamienić na dożywocie z dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego, że takiej kary nie było w kodeksie karnym. Po drugie, należy pamiętać, że w tym czasie były wydane cztery wyroki śmierci m.in. na pana płk Kuklińskiego, dwóch naszych ambasadorów: pana Witolda Ruraża i Romualda Spasowskiego oraz płk Muchę, ambasadora wojskowego w Kanadzie. Wyroki te, przynajmniej trzy z nich, uważałem za nonsensowne i uważałem w tych przypadkach powinny być wniesione rewizje nadzwyczajne i powinny zapaść wyroki uniewinniające, co potem zrobiłem.

– Ale kara śmierci w ówczesnym kodeksie karnym pozostała…
– I tak naprawdę po wprowadzeniu amnestii tę karę można było stosować nadal. Zniesiona została dopiero w 1995 roku. Amnestia obejmowała kary już wymierzone. W stosunku do spraw w toku nie było ona stosowana.

– Tak naprawdę przez ćwierć wieku nie zrobiono nic, aby zabezpieczyć społeczeństwo przed przestępcami, którym wyroki na mocy amnestii złagodzono. Ustawa „na bestię” zaczęła obowiązywać od 22 stycznia, przez co nie objęła Mariusza T. przed jego wyjściem z zakładu karnego. Na decyzję sądu czeka na wolności.
– Ja, mając perspektywę 25 lat byłem spokojny o to, że w tym okresie czasu znajdzie się mnóstwo powodów, aby skutki tej amnestii naprawić. O przygotowaniu ustawy, którą mamy teraz, można było mówić już wtedy, gdy przygotowywano kodeks karny. Wtedy powinno się pomyśleć o wprowadzeniu z zabezpieczenia przed najcięższymi przypadkami przestępców, którzy kończą odbywanie kary. Gdyby ustawa została przygotowana wcześniej, sądy miały czas na obycie się z nią, dziś nie byłaby traktowana jak ustawa „na zamówienie” stworzona na potrzeby tylko i wyłącznie jednego człowieka.

Rozmawiała Ewelina Nawrot

7 Responses to "Amnestia dla morderców była błędem"

Leave a Reply

Your email address will not be published.