
ŁYŻWIARSTWO SZYBKIE. Sanoczanka Katarzyna Bachleda-Curuś bez medalu, za to z najlepszym wynikiem w olimpijskiej karierze.
Zbigniew Bródka o czubek łyżwy, a dokładnie o trzy tysięczne sekundy wyprzedził Holendra Koena Verweija i został w sobotę mistrzem olimpijskim na dystansie 1500 m! To jedna z największych niespodzianek w historii polskiego sportu.
Ten wyścig przeszedł do historii światowych panczenów. Bródka wygrał bieg z doskonałym Amerykaninem Shanem Davisem, osiągnął niesamowity wynik 1:45.00 i objął prowadzenie. Po nim jechało jeszcze sześciu zawodników i przynajmniej trzech miało prawo myśleć o zepchnięciu Polaka z podium. Wykruszali się stopniowo, aż na starcie pojawił się Verweij. Holendrzy w Soczi potwierdzają swoją dominację w łyżwiarstwie szybkim, medale zdobywają garściami. Verweij podjął rękawicę, na metę wpadł z czasem 1:45.00. O złotym medalu decydować musiał dokładniejszy pomiar. Chwila wyczekiwania i jest! Przy pierwszym miejscu wyświetliło się nazwisko Bródki. Polak okazał się lepszy o 0,003 sekundy, inaczej mówiąc: o 4 centymetry.
To jakiś kosmos!
Holender nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Kręcił głową, z rozpaczy o mało się nie popłakał. Polak uniósł ręce w geście triumfu, ale i on nie dowierzał w to, co widział na tablicy wyników. W szoku był jeszcze długo po zakończeniu zawodów, do których scenariusza nie napisałby chyba sam Alfred Hitchcock. – Złoto to jakiś kosmos – powtarzał Bródka w nieskończoność. – Co powiedziałem na podium Verweijowi? Sorry, taki jest sport.
– Dziękuję żonie i kolegom strażakom
Szczęście sprzyjało Bródce, ale ci, którzy go znają przekonują, że złoto nie mogło się dostać w bardziej godne ręce. Pan Zbigniew to tytan pracy, nie tylko na lodowym torze. Na co dzień pomaga ludziom, jest strażakiem i na każdym kroku podkreśla, że sukces to także zasługa jego szefów i kolegów z remizy. – Dziękuję również żonie, która przez miesiąc została sama z maleńką córeczką. Ja musiałem w USA walczyć o olimpijski paszport, potem były przygotowania do wyprawy do Soczi – opowiadał wzruszony Bródka.
Płozy stare, ale jare
Ten bieg był niesamowity zanim się zaczął. Po nieudanym występie na 1000 m Bródka postawił bowiem wszystko na jedną kartę i wrócił do swoich starych płóz. – Nie powinno się tego robić, ale zaryzykowaliśmy. Dobrze, że Zbyszek się uparł – tłumaczył trener Wiesław Kmiecik. Świetnie znany kibicom na Podkarpaciu sanoczanin Witold Mazur, który w kadrze zajmuje się m.in. sprzętem, podkreślał w rozmowie z eurosport.onet.pl, że czteroletnie płozy w panczenach Bródki są niemal krańcowo wyeksploatowane. – Każdy materiał ma ograniczoną wytrzymałość. Częste wygięcia, ostrzenie, wpływają na profil, powodują, że łyżwy tracą trwałość. To niuanse, ale jak wiadomo, w tej dyscyplinie diabeł tkwi w szczegółach.
Kluczowy był nie tylko dobór sprzętu. Na świetny rezultat w jeszcze większej mierze wpłynęło dobre losowanie i rywalizacja z zawodnikiem z czołówki. Shane Davis to nie reprezentant Tajwanu, z którym Bródka “ścigał się” podczas biegu na 1 kilometr.
Powtórka z Vancouver możliwa
Bródkę dopingowały z trybun Adler Arieny reprezentantki Polski, które wczoraj przystąpiły do walki na dystansie 1500 m. Apetyty mieliśmy wielkie, wiązały się głównie ze startem najszybszej i najbardziej doświadczonej Katarzyny Bachledy-Curuś, z domu Wójcickiej. Sanoczanka, dla której są to już czwarte igrzyska, jeszcze tak wysoko w jeździe indywidualnej nie była, ale do wyśnionego medalu jednak trochę brakło. Inna sprawa, że z nadludźmi z Holandii niełatwo nawiązać walkę (znów całe podium dla „Pomarańczowych” okraszone rekordem olimpijskim Jorien ter Mors!) i szóste miejsce naprawdę trzeba doceniać. Nieźle zaprezentowały się pozostałe Polki i powtórka z Vancouver, gdzie nasza drużyna zdobyła brąz, jest jak najbardziej możliwa.
tsz


