
PIŁKA NOŻNA. III LIGA. Bramkarz Resovii Marcin Pietryka o życiowych dylematach, wsparciu dla Ukraińców i nowej polityce klubu.
Za 10 dni w bój ruszą piłkarze trzeciej ligi. Kibice Resovii wierzą, że ich ulubieńcy odrobią straty do prowadzącego JKS-u Jarosław, a potem powalczą w barażach o awans. Zimą drużynę opuściło kilku wartościowych zawodników. Bramki wciąż strzec będzie jednak niezastąpiony Marcin Pietryka.
– Co dobrego w Resovii, panie Marcinie?
– Samo dobro (śmiech). Cieszymy się, że liga się zbliża, bo ile można trenować i biegać po sztucznym boisku? Niecierpliwie czekamy, by zacząć mecze o stawkę.
– Zapomnieliście już o tym, co działo się na przełomie grudnia i stycznia?
– Nie chcemy o tym myśleć. Lepiej zostawić te sprawy i koncentrować się na grze w piłkę. Ważne, że możemy to zrobić.
– W tym klubie nigdy nie jest nudno…
– Zgadza się (śmiech). Resovia to specyficzne miejsce, ale przyzwyczailiśmy się i do towarzyszącej nam presji i do paru innych spraw.
– Sporo już pan doświadczył, ale tej zimy cierpliwość piłkarzy została wystawiona na największą chyba próbę. I niektórzy nie wytrzymali. Odeszli ci, którzy grali w Resovii przez lata, jak Bartosz Madeja czy Wiesław Kozubek. Ile prawdy jest w tym, że i pan poważnie rozważał przenosiny do innego klubu?
– Do końca stycznia czekaliśmy na pieniądze. Tak się umówiliśmy z prezesem Aleksandrem Bentkowskim. Sytuacja była napięta, niemal każdy z nas rozglądał się za nowym pracodawcą. Starałem się przygotować na wypadek, gdyby ziścił się czarny scenariusz. Nie chciałem zostać na lodzie, choć do końca miałem nadzieję, że wszystko jakoś się ułoży. Przecież Resovia to mój klub, znam tu każdy kamień i jest mi tu dobrze.
– Były rozmowy z żoną? Przecież w domu dwójka małych dzieci, a konto wysychało.
– Były, były. Dużo poważnych dyskusji o przyszłości. Brałem pod uwagę wszystkie opcje, łącznie z tą, żeby rzucić piłkę i wrócić do pracy. W tych trudnych chwilach bardzo pomógł mi Maciej Bajorek, dyrektor resoviackiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego, gdzie trenuję młodych bramkarzy. To świetne zajęcie, swoją przyszłość wiążę właśnie z SMS-em. Wiecznie grał nie będę, muszę w końcu wychować swojego następcę (śmiech).
– Myśli pan czasem, co by było, gdyby nie odebrano Resovii licencji na występy w II lidze? W którym miejscu dziś byście się znajdowali?
– Wcześniej rozmyślałem, teraz już nie. Po co grzebać w trupach? Trzeba się zająć tym, co tu i teraz.
– A nie brakuje panu, chłopakom z drużyny, zainteresowania ze strony mediów, kibiców? Jeszcze rok temu byliście na ustach wszystkich, dziś jesteście w cieniu innych.
– Szkoda, że rozpadł się tak fajny zespół. Graliśmy z mocnymi rywalami, podczas długich wyjazdów na mecze tworzyła się prawdziwa więź, cała otoczka wyglądała lepiej, bardziej profesjonalnie niż w trzeciej lidze. Możemy wspominać, wracać do przeszłości, tylko po co? My, piłkarze, na wiele rzeczy nie mamy wpływu.
– Reforma rozgrywek dotarła i do trzeciej ligi. Dziś nie wystarczy zająć 1. miejsca, trzeba jeszcze zwyciężyć w dwustopniowych barażach. Strasznie kręta i wyboista droga przed wami.
– Szkoda, że zwycięzca ligi nie awansuje bezpośrednio. Baraże to loteria. Kto wie, z kim przyjdzie nam rywalizować? Na jakim poziomie znajduje się futbol w tamtej części Polski?
– Brak awansu będzie dla Resovii tragedią?
– Chyba jednak nie. Z drugiej strony, wiadomo jakie są oczekiwania. Chcielibyśmy wrócić do II ligi.
– Z JKS-em Jarosław gracie wiosną u siebie, z depczącymi wam po piętach Orlętami – w Radzyniu Podlaskim. To będą kluczowe spotkania?
– Ktoś mądry powiedział, że mistrzostwa nie zdobywa się, wygrywając z bezpośrednimi konkurentami, ale z tymi maluczkimi. Trzeba się mieć na baczności i nie gubić punktów z „dołem” tabeli. Jesienią parę wpadek zanotowaliśmy. Co z tego, że stwarzaliśmy mnóstwo okazji, skoro rywal przeprowadził jedną akcję i zabierał nam punkty. W rundzie rewanżowej tak być nie może.
– Zatem jaką Resovię ujrzymy wiosną?
– Waleczną. To mogę obiecać.
– Trudno powiedzieć, byście byli mocniejsi. Chyba że wypalą transfery. Czego możemy się spodziewać po Ukraińcach: Andriju Vatcebie i Romanie Makorinie?
– Sparingi i treningi nigdy nie pokażą całej prawdy. Dopiero na boisku, w meczu o stawkę, poznajemy wartość zawodnika. Vatceba to dobry technik, ale o miejsce w składzie nie będzie mu łatwo. Mateusz Świechowski, Kacper Rop, Szymon Kaliniec – oni wszyscy też chcą grać. Solidnie prezentuje się linia obrony. Doszedł do nas Łukasz Sękowski z Tomasovii, Andrij Nikanowycz zostanie przesunięty na prawą flankę. Był resoviackim Tymoszczukiem, teraz śmiejemy się, że jest jak Javier Zanetti.
– Obrona i pomoc to nie wszystko. Gołym okiem widać, że będą problemy w ataku.
– Może tak, może nie. Na napastnika numer 1 wyrasta Przemysław Pyrdek z SMS-u. W sparingach do siatki trafiał Michał Ogrodnik. Generalnie wszyscy musimy wziąć odpowiedzialność za kreowanie akcji w ofensywie. Ważne będą stałe fragmenty i nad tym dużo pracujemy.
– W Resovii jest trzech Ukraińców. Jak znoszą to, co dzieje się w ich ojczyźnie?
– Bardzo to przeżywają, zwłaszcza Andrij Nikanowycz jest zaangażowany. Przyznają, że wojsko na ulicach źle wpływa na psychikę. Wspieramy ich, trzymamy się razem. Tyle możemy zrobić.
– Obok Resovii seniorskiej rozwija się Resovia młodzieżowa. Powstają boiska, coraz lepiej funkcjonuje SMS. Ma pan świadomość, że robicie coś bardzo ważnego?
– Owszem. Ostatnimi laty ściągaliśmy do drużyny młodzieżowców z Polski, płaciliśmy za nich niesamowite pieniądze. Teraz polityka klubu się zmieniła i stawiamy na własnych wychowanków. Niebawem to oni będą stanowić o sile „pasiaków”. Pierwsi zdolni już się pojawili, już pukają do drużyny. Przemysław Pyrdek, Rafał Surmiak czy bramkarz Piotr Tomczyk – proponuję zapamiętać te nazwiska.
Rozmawiał Tomas Szeliga



2 Responses to "Myślałem, czy nie rzucić piłki"