Kilka dni temu pojechałem samochodem do Krakowa. I tak doszedłem do wniosku, że trochę nam jeszcze brakuje do tej cywilizowanej Europy.
Normą na autostradzie było wyprzedzanie się nawzajem tirów i różnych ciężarówek. Nie byłoby kłopotu, gdyby nie to, że na autostradzie jechały… 80 km/h i równocześnie jechały obok siebie na prawym i lewym pasie. Zwykle jeden i drugi kierowca nie odpuszczał, więc wyścig trwał w najlepsze, tyle że kosztem innych kierowców osobówek, którzy chcieli jechać dużo szybciej. Zresztą jazda kierowców lewym pasem z prędkością np. 110 km/h także była normą. I nie rozumiem dlaczego, tak jak w Niemczech, kierowcy nie zjeżdżają po wyprzedzeniu drugiego auta na prawy pas, żeby umożliwić wyprzedzenie tym, którzy chcą osiągnąć większą prędkość.
Na autostradzie odwiedziłem także ubikację. Niby nowy budynek, ale jak się wchodziło do środka, to smród ścinał z nóg. Uryna wymieszana z chlorem. Czemu się jednak dziwić, jeśli sprzątaczka, zamiast użyć jakiegoś płynu, rozcierała mocz po posadzce. Na plus można zaznaczyć, że było mydło, bo w ubiegłym roku w okolicach Berlina w dwóch MOP-ach Niemcy nie dali mydła i nawet holenderski kierowca co chwilę powtarzał słowo angielskie f… wychodząc z ubikacji z brudnymi dłońmi. Ale rzecz miała być o podróżowaniu po Polsce, a jeśli już jesteśmy przy czynnościach fizjologicznych, to na żadnej, podkreślam na żadnej autostradzie w cywilizowanej Europie nie widziałem, żeby ktoś się zatrzymywał na autostradzie. Oczywiście nie zatrzymywał w miejscach do tego niedozwolonych. Za to na autostradzie prowadzącej do Krakowa zatrzymał się pewien chłop, który jak gdyby nigdy nic wyszedł z auta i zaczął… sikać. W sumie to może i nic się nie stało, bo mógł np. chcieć skorzystać z toalety i zawrócić na autostradzie jadąc do ubikacji pod prąd.
Ogólnie autostradą jedzie się dobrze i z Krakowa do Tarnowa dystans 80 km pokonałem w 35 minut. Prawdziwy armagedon zaczął się w samym Tarnowie. Z autostrady wjeżdża się wprost do miasta, w gigantyczny korek. 500 metrów – nie ma żadnej pomyłki i powtarzam, że to był dystans 500 metrów – pokonałem w około 45 minut. Po takich doświadczeniach i jeździe lokalnymi drogami do Dębicy zwątpiłem we wszystko i dopóki z Rzeszowa nie będzie autostrady do Krakowa, Warszawy czy Lublina, nie ruszam się z miasta (za mojego życia to do Warszawy i Lublina chyba nie dojadę). Choć w Rzeszowie kierowcę także może trafić szlag. Ale to już osobny temat rzeka.
Grzegorz Anton



One Response to "Drogi specjalnej troski"