Olimpiada w Korei? Nie mówię nie

Najlepsza polska panczenistka Katarzyna Bachleda-Curuś. Fot. Zbiory prywatne Katarzyny Bachledy-Curuś
Najlepsza polska panczenistka Katarzyna Bachleda-Curuś. Fot. Zbiory prywatne Katarzyny Bachledy-Curuś

ŁYŻWIARSTWO SZYBKIE. Katarzyna Bachleda-Curuś o czterech igrzyskach, powrocie do sportu po urodzeniu dziecka i pokrewieństwie z aktorką Alicją noszącą to samo nazwisko.

Katarzyna Bachleda-Curuś przyjechała do rodzinnego Sanoka wypocząć po morderczym, ale i najlepszym w jej karierze olimpijskim sezonie. W Soczi zdobyła z drużyną srebrne medale. Tylko u nas wywiad z najlepszą polską panczenistką.

– Sanok kojarzy się z Grzegorzem, wybitnym humanistą na dworze Jagiellonów albo malarstwem Zdzisława Beksińskiego. Jeśli jednak myślimy o sporcie, od razu przywołujemy pani nazwisko.
– Zawsze podkreślam, że niesamowite, iż w małym podkarpackim miasteczku znajduje się lodowisko hokejowe i tor do jazdy szybkiej. Więc po prostu wykorzystałam możliwości, jakie dał mi Sanok. Gdybym się urodziła w Koszalinie, to nie jeździłabym na łyżwach. Proste.

– Gdy spaceruje pani po rodzinnym mieście, kibice zaczepiają, proszą o autograf?
– Z uwagi na strój, w jakim startuję, czyli kostium, czepek i okulary, jestem słabo rozpoznawalna. Udaje się zachować anonimowość, choć oczywiście jest mi bardzo miło, jeśli ktoś mnie jednak rozpozna i pogratuluje. Wiele osób odzywa się przez Internet. Mam mnóstwo znajomych z lat szkolnych. Jestem bowiem dumna, że skończyłam liceum sanockie, że nie kupili mnie w Zakopanem do szkoły sportowej. A najbardziej podoba mi się, iż miasto i region zaczynają się rozwijać. Czego dowodem znajomi, którzy wracają z zagranicy, by właśnie tutaj inwestować.

– Smykałkę do sportu niechybnie odziedziczyła pani po rodzicach.
– Pewnie tak. Tata był sztangistą i nauczycielem WF-u, mama amatorsko trenowała biathlon. Miałam dwie siostry, więc żeby nie rozwalić maleńkiego mieszkanka, rodzice organizowali nam weekendy poza domem. Tak ja sobie to teraz tłumaczę. To było super i tego dziś brakuje w wychowywaniu dzieci. Trzeba im pokazywać, że warto się ruszać, że sport jest fajny!

– Dziś sama jest pani mamą. Trzyletnia Hania towarzyszyła pani podczas igrzysk w Soczi i wygląda na to, że mocno panią zmobilizowała.
– Absolutnie, tym bardziej, iż jedną trzecią igrzysk przespała (śmiech). Ale tak na poważnie, obecność córki, męża i mojej mamy na trybunach faktycznie dawała mi wielką siłę. Czerpałam energię z tej ich radości.

– Cztery igrzyska olimpijskie to cztery różne doświadczenia życiowe. Które najchętniej pani wspomina?
– Zdecydowanie Turyn 2006. Ale to chyba wynika z mojej miłości do słonecznej Italii i do ludzi tam mieszkających. To były fajne igrzyska z włoskim luzem i bałaganem. Bez nadmiernych kontroli i stresu. Miłe wspomnienia, co zrozumiałe, przywołują rzecz jasna Vancouver i Soczi, gdzie sięgałam po medale.

– Powiedziała pani, że po urodzeniu córki do łyżew podchodzi poważniej, niż przed ciążą. Cytuję: „Nie po to trenuję i zostawiam dziecko, żeby bujać się po 15-20 miejscach”.
– Przed urodzeniem Hani łyżwy były dla mnie wszystkim. Potem okazało się, że jeśli nie wyjdzie mi w sporcie, to świat się nie zawali. Skoro jednak zdecydowałam się wrócić na tor po urlopie macierzyńskim, na nowo zbudowałam formę, zaangażowałam bliskich do opieki nad małą, to nie po to, żeby robić to na pół gwizdka. Daję z siebie 110 procent. Nie jest to łatwe, natomiast fajnie, że się udaje.

– Jak przyjmowana jest pani w Holandii? Kilka lat temu ujawniła pani, iż tamtejsi trenerzy proponowali pani 50 tysięcy euro za odpuszczenie startu podczas olimpiady w Turynie.
– To zamknięta sprawa. W Holandii głośno jest raczej o tym, że z tak dobrym skutkiem udało mi się wrócić do sportu po urodzeniu dziecka. W Soczi tylko dwie panczenistki miały dzieci i obie zdobyły medale. To byłam ja i Holenderka. W Kraju Tulipanów stawia się mnie za przykład i nie ukrywam, że to mi schlebia.

– Jak często musi pani odpowiadać na pytania o pokrewieństwo do Alicji Bachledy-Curuś?
– Już się przyzwyczaiłam i jak każą pozdrowić, to odpowiadam: przekażę (śmiech). Nie znam Alicji, choć to dalsza rodzina męża. Jakub jest bliżej spokrewniony z Andrzejem Bachledą-Curusiem, najlepszym narciarzem w historii Polski. W miarę często się widujemy.

– Rozumiem, że Colina Farrella też pani nie poznała…
– Nie i chyba nie mam takich ambicji (śmiech).

– Od kilku lat mieszka pani w Zakopanem. Czuje się już pani góralką?
– Czuje się osobą z Zakopanego. Tubylcy mają bardzo silnie rozwinięty patriotyzm lokalny i dla nich zawsze będę osobą z Sanoka, kimś z zewnątrz. Jednak nie mam z tym żadnego problemu.

– Mieszkacie państwo w typowej góralskiej chacie?
– W murowanym domu. Niedużym, za to bardzo wygodnym. Mieszka się nam dobrze, aczkolwiek w sierpniu bywa tłoczno.

– Dokonała już pani sportowego bilansu zysków i strat, czy na to jednak za wcześnie? Może wciąż ma pani jakiś cel do zrealizowania?
– Oczywiście, gdybym go nie miała, już dawno zgasiłabym światło. To przyszłoroczne mistrzostwa świata na dystansach w Holandii. Olimpiada w Korei Południowej? Jestem w takim wieku, że jakakolwiek deklaracja w kontekście najbliższych 4 lat byłaby ogromnym nadużyciem wobec własnego zdrowia. Nie mówię nie, nie mówię tak.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

Leave a Reply

Your email address will not be published.