Cały czas słyszę narzekania na służbę zdrowia, że kolejki, że lekarze nieuprzejmi, a przy tym jeszcze łapówkarze. Jednym słowem – syf. Ja mam inne doświadczenia ze służbą zdrowia. Jestem wręcz zszokowany i to w pozytywny sposób usługami medycznymi w ramach ubezpieczenia zdrowotnego.
Żeby nie było – nie jestem pijany, nie mam kłopotów z głową, słońce jest jeszcze za słabe, żeby mi przygrzało w główkę. Przykład pierwszy: jadę z chorym dzieckiem do szpitala „na górce”. Jeszcze dwa lata temu czekałem tam z dzieckiem dwie godziny, po czym wchodziłem do gabinetu, gdzie umęczona – jakby rozegrała pod rząd trzy mecze piłki nożnej z narodową reprezentacją Mongolii – lekarka traktowała mnie i moje dziecko jak zło konieczne. Dwa dni temu przychodzę do odnowionego budynku szpitala „na górce”, kobieta z rejestracji od razu drukuje mi kartę informacyjną, życzliwie kieruje mnie do gabinetu. Nikogo nie ma w poczekalni. To niemożliwe, pewnie pomyliłem drzwi. Po chwili wychodzi pacjent, a pielęgniarka zaprasza do środka. Uśmiech na jej twarzy jest bezcenny. Myślę sobie, że taka jedna się tam pewnie trafiła, a lekarka zaraz rzuci mi się do gardła i będzie pytać, dlaczego przyjeżdżam z dzieckiem, któremu nic nie jest, bo przecież nie umiera. Kolejny szok. Lekarka także jest miła i uśmiechnięta, rzeczowa, fachowa. Wychodząc z gabinetu spodziewam się, że ktoś mnie zaraz zatrzyma i każe zapłacić za wizytę 200 zł. Bo tak to może być tylko w płatnych placówkach. Nic z tych rzeczy, te uśmiechy, miłe usposobienie i godne dla pacjentów warunki są w ramach ubezpieczenia zdrowotnego.
Drodzy Czytelnicy, myślicie pewnie, że tak mi się jakoś przytrafiło z tą wizytą. Nie przytrafiło. Kilka miesięcy temu miałem zabieg w szpitalu przy ul. Rycerskiej. Personel miły, uśmiechnięty, lekarze życzliwi i fachowi. Anestezjolog nawet żartował ze mną, a jeden z chirurgów zamiast pokazywać, że jest Bogiem, traktował mnie jak pacjenta, a nie szmatę do podłogi, jak to kiedyś było w różnych placówkach służby zdrowia. Od razu zaznaczam, że nie chodziłem do tego lekarza prywatnie, nikomu nie wręczałem łapówek. Nikogo w tym szpitalu nie znałem. Tak zwyczajnie wszedłem tam z ulicy i byłem bardzo dobrze traktowany.
Kolejny przykład – pediatra mojego dziecka. Zawsze fachowo wytłumaczy, uśmiechnie się, da naklejkę dziecku (dla dziecka to ważne). Przyjmie nawet jak nie byłem umówiony i przychodzę z chorym dzieckiem tuż przed końcem jej pracy. Jeszcze kilka lat temu inni pediatrzy, do których chodziłem zachowywali się tak, jakby robili wszystko z łaski.
Takich przykładów mógłbym opisać o wiele więcej. Ja wiem, że na operację kolana, biodra, czy zaćmy czeka się do… trzech lat. Wiem, że są placówki także w Rzeszowie, w których farba odpada z sufitu, a klamki dotyka się z obrzydzeniem. Wiem, że wielu lekarzy nadal zachowuje się jak w latach 80. ubiegłego wieku, ale wielu także zmieniło swoje nastawienie do pacjenta. Wiem, że jedzenie, jakim karmieni są pacjenci szpitali jest często tak podłe, że nie ruszyłby tego nawet wygłodniały pies. Jednak ta nasza służba zdrowia się zmienia i jak się jej przyjrzeć w ostatnich dajmy na to 20 latach, to nastąpiło wiele pozytywnych zmian. Uważam, że w ramach ubezpieczenia zdrowotnego to i tak poziom opieki zdrowotnej w Polsce osiąga wyżyny, bo tak często wszyscy naszą służbę zdrowia przyrównują do tej zachodniej. Tyle, że tam ludzie płacą prywatne ubezpieczenia zdrowotne, a do każdej wizyty u lekarza rodzinnego, specjalisty czy za pobyt w szpitalu często się dopłaca. Więc zanim zaczniemy na coś narzekać, przywróćmy wspomnienia i przypomnijmy sobie jak było źle kiedyś, a jak jest teraz. Co nie znaczy, że nie mogłoby być lepiej.
Grzegorz Anton


