
SIATKÓWKA KOBIET. Trener Developresu Rzeszów, Marcin Wojtowicz, o historycznym sezonie, klubie, któremu warto kibicować, oraz miłości do żagli.
Siatkarki Developresu Rzeszów awansowały do Orlen Ligi, sprawiając jedną z większych niespodzianek ostatnich lat w żeńskiej siatkówce. Drużyna Marcina Wojtowicza świętowała po spotkaniu z Karpatami Krosno (3-1) podczas turnieju w bydgoskiej hali Łuczniczka.
– W środę, 14. maja, był pan chyba najszczęśliwszym trenerem na świecie…
– Bez dwóch zdań (śmiech). Przyjechaliśmy do Bydgoszczy po awans i cel osiągnęliśmy już w pierwszym naszym meczu. Spełniły się marzenia.
– Marzenia pana, ale też całej drużyny. Developres składa się z zawodniczek na dorobku, część z nich grała niedawno w regionalnej drugiej lidze.
– Cieszy, że na ten awans zasłużyliśmy. Dziewczyny były chętne do pracy, na nic nie narzekały i wytrzymały ze mną, a to nie taka prosta sprawa (śmiech). Poradziły też sobie z niemałą presją, co było sporym wyczynem, biorąc pod uwagę, iż wcześniej nie walczyły o tak dużą stawkę. Potrafiły się odbudować po dotkliwych porażkach z Karpatami w półfinale play-off.
– Za wami wyjątkowo długi i stresujący sezon, miewaliście wzloty i upadki. Który moment był najtrudniejszy?
– To właśnie te pięć spotkań w play-off z Karpatami. Coś nam wtedy uciekło, nie graliśmy tego, co umieliśmy – słowem: nie byliśmy sobą. Bolało, że zgubiliśmy styl, który z tak dobrym skutkiem prezentowaliśmy podczas pucharowych bojów z Pałacem Bydgoszcz i Aluprofem Bielsko-Biała.
– W kobiecej siatkówce, jak w żadnej chyba dyscyplinie, największą rolę odgrywają kwestie mentalne. Pan w ciągu kilkunastu miesięcy przeszedł chyba przyspieszony kurs psychologii?
– Powiem tak: z kobietami pracuję od 13 lat, więc podstawy mam. Ale gdy dojdę do konstruktywnych – jak mi się zdaje – wniosków, to zazwyczaj szybko zostaję sprowadzony na ziemię. Z dziewczynami trzeba być czujnym, tak naprawdę nic nie jest pewne. Co do oceny samego sezonu: był trudny i łatwy jednocześnie. Łatwy dlatego, że miałem zespół chętny do poświęceń.
– Nie mieliście liderki, raczej bazowaliście na wyrównanym składzie. A może się mylę?
– Bywało różnie. W rundzie zasadniczej drużyną dowodziły Karolina Filipowicz i Paula Szeremeta. Potem to się zmieniało, w ostatnim meczu z Karpatami sprawy w swoje ręce wzięła Adrianna Szady, równą formę prezentowała Magdalena Olszówka. Zgodzę się jednak, iż silni byliśmy grupą. Każda z dziewcząt wnosiła coś do zespołu, choćby poczucie humoru.
– Ekstraklasa w dwa lata to spore osiągnięcie, ale prawda jest taka, że z turnieju w Bydgoszczy mieliście obowiązek awansować.
– Po półfinale play-off niczego nie byłem pewny. Karpaty zmieniły się na lepsze. Z drużyny tłumaczącej się ze zwycięstw przeistoczyły się w ekipę, która nie boi się nikogo. Jednak zająć ostatnie miejsce w turnieju, w którym dwa z trzech zespołów awansuje do ekstraklasy, to byłaby tragedia. Coś jak czwarte miejsce na olimpiadzie.
– Tak czy owak, kopciuszek wkracza na salony. Co zrobić, żeby zatańczył na balu?
– Musimy teraz z zarządem usiąść, pozbierać myśli i ogarnąć temat. Przed nami rozmowy o nowych kontraktach, uzupełnienia składu, przenosiny do nowej hali. Od poniedziałku czeka nas wiele pracy.
– Liga będzie zamknięta. Panu się taki pomysł podoba?
– Staram się jednoznacznie tego nie oceniać. Wysłuchuję argumentów za i przeciw, obie strony mają swoje racje. Liga, z której nikt nie spada, powinna pomóc klubom w stabilizacji, zmniejszy koszty. Ale jest też strona sportowa takiego przedsięwzięcia. Pożyjemy, zobaczymy.
– Nowy pomysł na ligę powinien jednak pomóc takim zespołom jak Developres, chcącym stawiać na rozwój młodzieży.
– Gdy nie ma spadków, nie ma wielkiej presji i na pewno łatwiej podejmować decyzje. Można więc postawić na młodego trenera, młode zawodniczki i czekać na efekty pracy. Ale też w Orlen Lidze jest tendencja do odmładzania składów.
– Nie wszyscy chcą wychowywać. Chemik Police kupił gwiazdy i od razu zgarnął złoty medal. W paru klubach stawiają też na zagranicznych trenerów.
– To jeden model budowy klubu. Drugi polega na tworzeniu czegoś od podstaw. Tylko że i on posiada wady. Pałac Bydgoszcz wygrał w lidze dwa mecze, za co trener zapłacił głową. W Developresie zamierzamy jednak pójść tą samą drogą. Chcemy zatrzymać jak najwięcej dziewczyn, które wywalczyły awans. One dobrze się z sobą rozumieją, tworzą kolektyw. Niemądrze byłoby to burzyć.
– Rzeszów żyje siatkówką, to tutaj sport numer 1, ale dotychczas zarezerwowany dla Asseco Resovii. Tak młody klub jak Developres, bez sukcesów, musi dopiero wychować sobie fanów. Jak będziecie dostarczycielami punktów, może być z tym kłopot.
– Cóż, nie dowiemy się jak będzie, dopóki nie spróbujemy. Do Resovii nie możemy się porównywać, ale przecież każdy kiedyś zaczynał. Zelmer miał swoich wiernych kibiców, wierzę, że w Rzeszowie jest zapotrzebowanie na kobiecą siatkówkę. Sympatycy Developresu muszą być cierpliwi, zapewniam jednak, że moja drużyna zostawi na boisku serce.
– Developres posiada sponsora, lecz to może być za mało. Oczekuje pan, że miasto wspomoże klub w większym niż dotychczas stopniu. Na razie dotacja wynosi 65 tysięcy zł.
– To pytanie do szefów klubu. Mam jednak nadzieję, iż miejscy decydenci wezmą pod uwagę, że nasz zespół reklamuje Rzeszów w całej Polsce. I robi to dobrze.
– We wtorek zakończenie sezonu, co potem?
– Do końca maja chcemy mieć gotową kadrę. W pierwszej kolejności skupimy się właśnie na sprawach personalnych.
– Tęskni pan za wakacjami?
– Oj tak. Nie mogę się doczekać, gdy wsiądę na łódkę, posłucham wiatru i ciszy na mazurskich jeziorach. Być może wybiorę się też na większy akwen: Bałtyk, Morze Śródziemne…Żagle i woda – to moja wielka pasja. W sumie normalne jak na kogoś, kto urodził się w górach (śmiech).
Rozmawiał Tomasz Szeliga


