Dziwię się, że nikt w kończącej się właśnie kampanii wyborczej nie potrafił przyznać, co tak naprawdę zależy od wyników wyborów do Parlamentu Europejskiego. A sprawa jest prosta.
Jeśli wygrają je euroentuzjaści, to możemy się spodziewać jeszcze więcej unijnych zakazów i nakazów, które komplikują nasze codzienne życie. Najlepszym na to przykładem są problemy polskich wędliniarzy, których wyroby Unia najpierw chwaliła za jakość, a teraz wprowadza przepisy, które w zasadzie zabraniają dalszego ich wędzenia tradycyjną, stosowaną od stuleci metodą. Paranoja! To właśnie radosna twórczość legislacyjna euroentuzjastów spowodowała, że zaufanie społeczeństw europejskich do Unii Europejskiej znacznie w ostatnich latach spadło, a w sondażach i kolejnych krajowych wyborach systematycznie rośnie poparcie dla eurosceptyków, którzy mówią wprost – Unię trzeba rozwiązać, zniszczyć, wysadzić w powietrze.
W ostatnich tygodniach partie euroentuzjastyczne straszyły Polaków, że jeśli tych wyborów nie wygrają właśnie oni, to Unia się rozpadnie. Tymczasem na swoich listach wystawiły kandydatów-celebrytów, którzy nie wiedzą nawet czym jest porozumienie z Kioto w sprawie ograniczeń emisji dwutlenku węgla, na którym polska gospodarka straci grube miliardy! Wstyd! W tych wyborach powinny przecież kandydować osoby, które znają się na sprawach podejmowanych w Brukseli i którzy będą tam bronili naszych, polskich interesów.
Ale pomiędzy euroentuzjastami i eurosceptykami są jeszcze eurorealiści, którzy Unii burzyć nie chcą, ale dostrzegają jej wady i groźny kierunek, w którym od kilku lat zmierza. Chcą ją reformować, uczynić z niej silny związek państw, w którym liczyć będą się także interesy słabszych i mniejszych państw. Eurorealiści nie chcą wspólnego, unijnego prezydenta, ani przyjmowania wspólnej konstytucji. Chcą za to ograniczenia roli unijnych regulacji, zwłaszcza tych, które zamiast ułatwiać, uprzykrzają nam życie. I dziś w interesie Polski leży to, żeby wybory 25 maja wygrali właśnie eurorealiści. Tym bardziej szkoda, że w Polsce partie reprezentujące eurorealizm, czyli prawicowe, idą do tych wyborów oddzielnie, przez co niektóre głosy mogą się po prostu zmarnować.
Jest jeszcze jeden, równie ważny powód, żeby w niedzielę, 25 maja, oddać swój głos. Otóż z tymi, którzy nie głosują, politycy się po prostu nie liczą. Urzędnicy czy nauczyciele mają różne przywileje, np. trzynastki, czternastki itp. właśnie dlatego, że chodzą na każde wybory.
Pamiętajmy więc, że zostając w domach, niczego nie zmienimy…
Arkadiusz Rogowski



2 Responses to "Zostając w domach, niczego nie zmienimy"