W ciągu kilku ostatnich miesięcy Bartosz Arłukowicz, minister zdrowia, wiele uwagi poświęcił podstawowej opiece zdrowotnej. Z jednej strony podkreślał jej kluczową rolę w opiece nad pacjentem i wszechstronne wykształcenie lekarzy rodzinnych, z drugiej nie dał im żadnych narzędzi do wykorzystania swoich możliwości.
To wśród lekarzy rodzi obawy, że doszło u niego do dysocjacji własnej osobowości inaczej zwanej „rozdwojeniem jaźni. A przedstawiony plan naprawy służby zdrowia jest zwykłą przedwyborczą agitką.
Projekt rozporządzenia MZ dotyczący świadczeń gwarantowanych rozszerza zakres badań diagnostycznych, które lekarze rodzinni będą mogli zlecać swoim pacjentom. Dzięki temu będą diagnozować i leczyć znacznie więcej schorzeń, do czego merytorycznie są przygotowani. To faktycznie może odciążyć specjalistkę ambulatoryjną od udzielania zbędnych porad i przyczyni się do skrócenia kolejek w poradniach specjalistycznych. Jednocześnie pomija szczegóły dotyczące finansowania ich poszerzonego w ten sposób zakresu pracy, czyli dodaje pracy, nie zwiększając płacy. Tymczasem lekarze rodzinni alarmują, że od 2008 roku stawka kapitacyjna na pacjenta nie wzrosła nawet o współczynnik inflacji. Wzrosły natomiast koszty stałe ponoszone przez przychodnie POZ. Brak rezerw finansowych nie pozwala im więc na poniesienie jakichkolwiek dodatkowych kosztów bez stosownego wzrostu nakładów. Przysłowie głosi, że: „Z pustego i Salomon nie naleje”, jednak działania ministra wskazują na to, że zamierza zrobić to, co nawet mądry król uznał za niemożliwe. Chyba że chodzi o tak zwane „lanie wody”, czyli propagandę pseudosukcesu reformy systemu zdrowia.
Minister zaplanował także niebagatelną rolę dla lekarza rodzinnego w poprawie opieki onkologicznej. Aby poprawić wyniki wykrywalności i leczenia chorób nowotworowych, lekarz POZ będzie kierować pacjentów z „cieniem cienia podejrzenia” do poradni onkologicznej, gdzie pacjent ma być skonsultowany w ciągu 2 tygodni. Ekspresowo wdrożona diagnostyka i ocena stanu zdrowia pacjenta przez konsylium onkologów (skąd wezmą tylu onkologów!) ma umożliwić podjęcie właściwego leczenia w ciągu 8 tygodni. Taka ścisła współpraca na linii „onkolog-lekarz rodzinny” ma sprawić, że leczenie onkologiczne będzie prowadzone w POZ jedynie z pomocą specjalisty.
Szkoda tylko, że jego ukłon w kierunku przeżywających dramaty pacjentów onkologicznych obudził nadzieje chorych ludzi. Teraz liczą na to, że po wstępnym rozpoznaniu, ba, podejrzeniu wystąpienia choroby, cała medycyna zostanie postawiona na nogi, będzie zdiagnozowany i w razie potrzeby natychmiast leczony. O tempora, o mores. Przecież lekarz rodzinny nie ma żadnego wpływu na termin, w jakim odbędzie się konsultacja, nie dysponuje żadnymi środkami nacisku na poradnie specjalistyczne. O tym, że jednak nie jest to pomyłka, a celowe działanie, świadczy wyjaśnienie Arłukowicza, że jeśli lekarze POZ będą zmotywowani, to „jakoś się dogadają z onkologami”. Ignorancja to czy celowe działanie? Według lekarzy i nie tylko, ten wspaniały propagandowo plan jest tylko polityczną i przedwyborczą agitką.
Anna Moraniec


