Tuż po zamknięciu niedzielnego głosowania rozpoczął się istny cyrk, w którym główną rolę odegrała Państwowa Komisja Wyborcza. Wiadomo było co prawda, że liczenie głosów musi trochę potrwać, ale to, że na pierwsze cząstkowe wyniki będziemy musieli czekać aż do 2 w nocy, a na ostateczne, oficjalne, ponad dobę, to po prostu trudno zrozumieć.
Wydawałoby się, że w dobie Internetu i przy tak niskiej frekwencji (niespełna 24 proc.), powinno wystarczyć na to parę godzin, bo tyle właśnie trwało ogłaszanie wyników w zachodnich krajach, np. Francji czy w Niemczech, gdzie pracy przy liczeniu mieli więcej, bo frekwencja była tam dwukrotnie wyższa niż u nas!
Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że PKW nie chciała mącić przekazu medialnego, opartego o sondaże, które różnicą około 1 procenta wygrała PO. Cały niedzielny wieczór wyborczy upłynął właśnie w takiej narracji, czyli sukcesu partii rządzącej (która notabene straciła w porównaniu do wyborów z 2009 roku aż 6 euromandatów). Ogłoszone o godz. 2 w nocy wyniki z 30 proc. okręgów PKW miała pierwotnie podać o północy. Nie wiedzieć czemu ich ogłoszenie zostało przesunięte aż o 2 godziny! Większość Polaków poszła zatem spać, bo przecież na drugi dzień musieli, w odróżnieniu od polityków, wcześnie wstać. I właśnie o godz. 2 w nocy okazało się, że to PiS zyskuje przewagę i to dość dużą, bo 7-procentową, co znacznie podważyło komentowane od kilku godzin sondaże.
Dane z 91 proc. PKW podała o godz. 5 rano i wynikało z nich, że wybory nadal wygrywa PiS. Ile zeszło na obliczenie brakujących 9 proc. obwodowych komisji? Prawie cały dzień, bo podano je dopiero po godz. 21! Nawet w Afryce szybciej liczą głosy! Ostatecznie o wygranej Platformy Obywatelskiej nad Prawem i Sprawiedliwością zadecydowało zaledwie 24 345 głosów. Czy to właśnie dlatego głosowanie trwało tak długo? Teoria spiskowa czy może jednak coś w tym jest? To już pozostawiam do Państwa oceny…
Arkadiusz Rogowski


