Nasi biegacze między wielbłądami

Fot. Jerzy Mielniczuk
Fot. Jerzy Mielniczuk

PRZEWORSK, STALOWA WOLA. Za nami pierwszy etap Gobi March i pierwszy sukces.

Zgodnie z przewidywaniami, po przebiegnięciu 49,2 km bezdroży, pierwszy na mecie zameldował się Fernandez Martinez, dwukrotny olimpijczyk z Hiszpanii, z czasem 5 godz. 10 min. Czterdzieści minut za nim, czyli na 5. miejscu przybiegł Andrzej Gondek (na zdjęciu). Godzinę po Gondku, na 23. miejscu pierwszy etap ukończył Marek Wikiera. Marcin Żuk był 40., a Daniel Lewczuk 58. To bardzo dobre lokaty dające nadzieje na jeszcze lepsze miejsca 7 czerwca.

Gobi March jest drugim wyzwaniem z tegorocznej edycji 4Deserts. To jedne z najcięższych zawodów na świecie. Uczestnicy w ciągu jednego roku muszą przebiec przez 4 pustynie (Sahara, Gobi, Atacama, Antarktyda). Na każdej wytyczana jest ok. 250-kilometrowa trasa, którą śmiałkowie pokonują w ciągu tygodnia. Biegną niosąc tygodniowy ekwipunek na plecach. Ingerencja organizatorów ogranicza się do oddania biegaczowi miejca pod namiotem na noc, porcji wody w dzień i ewentualnego wykluczenia, gdy zawodnik nie jest w stanie podjąć wysiłku. Gondek pochodzi ze Stalowej Woli; Wikiera z Przeworska. W ub. roku obaj zaliczyli Maraton Piasków na Saharze, w tym przebiegli już jordańską Wadi Ram, która była pierwszą z tegorocznych pustyń. Wspólnie z Lewczukiem i Żukiem biegną po Wielkiego Pustynnego Szlema, zbierając przy okazji pieniądze na cele charytatywne. Ich osiągnięcia zostały już dostrzeżone przez organizatorów 4Desterts, którzy w polskiej czwórce widzą poważnych pretendentów do zameldowania się na mecie na Antarktydzie. Nikomu z Polaków ta sztuka jeszcze się nie udała.

W poniedziałek drugi etap o długości „tylko” 40 km, za to prowadzący po bardzo krajobrazowej trasie u podnóży Ałtaju oddzielającego Chiny od Kazachstanu.

jam

Leave a Reply

Your email address will not be published.