
III LIGA. Napastnik Stali Rzeszów, Piotr Prędota, o feralnym sezonie, trudnych życiowych wyborach i obrońcach, których miał ochotę pogryźć.
– Zostaje pan w Stali?
– Ano właśnie, czy zostanę…Codziennie zadaję sobie to pytanie i muszę przyznać, że ciężko podjąć decyzję. Gra w trzeciej lidze mi się nie uśmiecha, ale i mnie, i mojej rodzinie podoba się w Rzeszowie. Żona ma dobrą pracę i wolałaby, żebyśmy się nigdzie nie ruszali. Dotychczas jeździła za mną, rezygnując ze swoich zawodowych ambicji, może nadszedł czas, żebym to ja się poświęcił?
– W końcu będzie się pan musiał określić.
– Prezes Jacek Szczepaniak jest na urlopie, jak wróci to usiądziemy i szczerze porozmawiamy. Tak czy owak, zamierzam się pojawić w środę na pierwszym treningu. Mam oferty z klubów pierwszej i drugiej ligi, ale trzeba byłoby się przeprowadzać na drugi koniec Polski, a to stanowi pewną przeszkodę.
– Szefom Stali bardzo zależy na podpisaniu z panem nowej umowy. Chcą budować zespół wokół Piotra Prędoty.
– To chyba lekko naciągana teza. Jeden zawodnik meczu nie wygra. Rozumiem to jednak i doceniam, lecz ta czwarta klasa rozgrywkowa… Strasznie zniechęca! Jednak sami jesteśmy sobie winni. W końcówce rundy daliśmy ciała.
– Wciąż pan myśli o tym, dlaczego nie udało się wedrzeć do „ósemki”? Zabrakło 3 punktów.
– Po zwycięstwie w Legionowie byłem w stanie założyć się z każdym o wielkie pieniądze, że się utrzymamy. Przyjeżdżała do nas Olimpia Zambrów. Gdzie, jak nie u siebie i z rywalem tej klasy, mielibyśmy wygrać? Tymczasem zlali nas okrutnie, potem był feralny mecz w Stalowej Woli i już się nie pozbieraliśmy. Ten Zambrów do dziś śni mi się po nocach. Może faktycznie zgubiła nas zbytnia pewność siebie?
– Strzelił pan 16 goli, ale w drugiej rundzie nie zachwycał tak, jak w pierwszej. Znany rzeszowski trener dziwił się, że Krzysztof Łętocha zmienił panu pozycję na boisku. „Po co kombinować, skoro było tak dobrze. Teraz chłopak biega jak Żyd po pustym sklepie” – dzielił się spostrzeżeniami.
– W zimie do klubu trafił Szymon Kaźmierowski, w sparingach wyglądał bardzo dobrze. Umiał grać tyłem do bramki, mieliśmy z tego pożytek, więc trener cofnął mnie. Niestety, eksperyment nie wypalił. Nie czułem się tam najlepiej. Biegałem do przodu, do tyłu, cofałem się nawet pod własne pole karne. W dwóch meczach grałem na prawej pomocy, ale to znów nie było to. Co ciekawe, okazji mi nie brakowało, ale piłka nie chciała wpaść do siatki. Przez 10 kolejek nie mogłem zdobyć bramki, przeżywałem psychiczne katusze, zamierzałem pójść do trenera i poprosić go, by posadził mnie na ławce. Chciałem odpocząć, spojrzeć na wszystko z dystansem. Zabrakło mi jednak odwagi, a trener sam jakoś nie wpadł na ten pomysł.
– Część działaczy przekonywała, że dramatyczny w skutkach finisz był pochodną braków w przygotowaniu mentalnym drużyny. Coś jest na rzeczy?
– Jeśli został popełniony błąd w sztuce, to nie dotyczył psychiki, ale fizyki. W okresie, gdy graliśmy co trzy dni, zabrakło mocniejszych zajęć. Myśmy trenowali lekko, a trzeba było dać organizmowi w kość, żeby podczas meczu miał z czego „oddać”. To opinia całej szatni, nie tylko moja.
– Rzeszów liczy 180 tysięcy mieszkańców, pana rodzinny Lublin dwa razy tyle, a piłka jest na poziomie czwartej ligi. Rozumie pan coś z tego?
– Gdy widzę, jakie mieściny budują mocne drużyny, to w głowie mi się to nie mieści. Raczej nie chodzi o pieniądze, bo Motor miał ich pod dostatkiem, a zamiast awansu, zleciał z hukiem do trzeciej ligi. Teraz na nowoczesnym, dużym stadionie podejmować będzie zespoły z głębokiej prowincji. W Rzeszowie o sukces byłoby łatwiej, gdyby istniał jeden klub.
– Mundial pan ogląda?
– Też pytanie. Uwielbiam takie imprezy! Nie ma już w mistrzostwach Hiszpanii czy Italii, którym kibicowałem, ale wciąż ciężko oderwać się od telewizora. Podziwiam przygotowanie fizyczne piłkarzy. Ja po jednym meczu rozegranym w takim tempie leżałbym na wyciągu przez 2 tygodnie. Nie wiem, co ci ludzie jedzą, ale ja chcę jeść, to co oni! (śmiech).
– Ma pan ulubionego napastnika?
– Podoba mi się, jak haruje na boisku Karim Benzema, chylę głowę przed Robinem van Persim. Nie cierpię stylu gry Thomasa Muellera, ale muszę przyznać, że facet jest zabójczo skuteczny. No i trzymam kciuki za Miroslava Klose. Fajnie, gdyby prześcignął Ronaldo w liczbie zdobytych bramek na mistrzostwach świata.
– Głośno jest o wybryku Luisa Suareza. Spotkał pan na boisku kogoś, kto zachowywał się podobnie do Urugwajczyka?
– Miałem do czynienia ze szczypaniem, z gryzieniem – nigdy. Prowokacje obrońców? To w dzisiejszym futbolu, niezależnie od poziomu rozgrywek, chleb powszedni. Sztuczek próbowali zwłaszcza defensorzy Zniczu Pruszków. Tak dobrze pracowali łokciami, że miałem ochotę ich pokąsać (śmiech). Co ciekawe, w ekstraklasie zawodników od brudnej roboty jest więcej, bogatszy jest też wachlarz zachowań.
Rozmawiał Tomasz Szeliga



One Response to "Wiosną przeżywałem psychiczne katusze"