
STALOWA WOLA. Minister przyleciał zapytać, jak się ma nasza nowa broń taktyczna. W tajemnicy powstaje nad Sanem i kilku innych polskich ośrodkach. Ma być odpowiedzią na rosyjskie Iskandery wykierowane na zachód.
Niezapowiadaną wizytę w Hucie Stalowa Wola złożył Czesław Mroczek, wiceminister obrony narodowej. Zbiegła się ona terminowo z prośbami ze strony Ukrainy o wsparcie militarne. Od razu więc padło pytanie do gościa, czy HSW będzie coś produkować na front ukraiński. – Prośba Ukrainy zostanie rozpatrzona w ramach NATO, ale wątpię, by HSW na tym skorzystała – odpowiedział wiceszef resortu obrony. Na tym nie, ale szykuje jej się inny, zapewne bardzo intratny kontrakt.
Premier zapowiedział, że rząd 2-procentową, czyli rekordową w historii część produktu krajowego przeznaczy na utrzymanie rodzimej zbrojeniówki dopiero w 2016 r. Dla stalowowolskiej zbrojowni to nawet dobrze, bo wtedy będą finiszować dwa nowe projekty. W fazie produkcji powtarzalnej będzie już nowy „Kryl”, czyli 155-milimetrowa haubica na kołach. Zbliżać się do tej fazy będzie „Homar”, o którym na razie wiadomo tylko tyle, że jest potrzebny naszej armii bardziej niż kani deszcz.
Za dwa lata „Homar” będzie bronił wschodnich granic NATO
„Kryl” za kilka dni doczeka się swojej premiery. W niedługim czasie lufa z Izraela strzelać już będzie pociskami z Nowej Dęby. Z czasem „Kryl” będzie miał polskie lufy, które razić będą ogniem artyleryjskim na 40 km. Patrząc na to, co się dzieje na wchodzie, to za mała odległość. Sprawę trzymania wroga na 300-kilometrowym dystansie załatwić ma wyrzutnia rakiet „Homar”. To właśnie ws. tej wyrzutni w pewne świąteczne popołudnie przyleciał do Stalowej Woli min. Mroczek.
Nad „Homarem” HSW pracuje wespół z WAT, WB Electronics i Wojskowym Instytutem Technicznego Uzbrojenia, będąc liderem grupy. Nowe wyrzutnie ziemia-ziemia będą montowane na podwoziach kołowych z Jelcza, spółki należącej do HSW. W wieloprowadnicowej wyrzutni znajdą się amerykańskie rakiety Lockheed Martin i w tej kwestii został już podpisany list intencyjny. W jednym zestawie znajdzie się prawdopodobnie kilka rodzajów pocisków, z których największe, o kalibrze ponad 600 mm, mają zasięg do kilkuset km. Polska armia po wycofaniu ze służby radzieckich Toczek U, nie ma broni rakietowej, która byłaby odpowiedzią na rosyjskie Iskandery, ustawione za naszą wschodnią granicą. Stąd ponaglenia ze strony MON o przyspieszenie prac nad „Homarem”. Jest możliwe, że pierwsze jego baterie staną na wschodnich flankach NATO już na przełomie 2016 i 2017 r. Na razie nie ma mowy o pieniądzach, nie ma z nimi problemu przy obecnych pracach koncepcyjnych i badawczych. Nowy taktyczny system rakietowy jednak sporo pochłonie ze 130 mld zł, które rząd planuje wydać na modernizację armii.
Jerzy Mielniczuk



6 Responses to "Ukrainy nie dozbroją, ale naszą armię na pewno"