Jak pisze jeden z polskich dzienników, rodzice skarżą się, że choć szkoły dostały „darmowe” podręczniki od ministerstwa, to nie chcą z nich w pełni korzystać. W jednej z placówek pani dyrektor oznajmiła rodzicom, że ich dzieci będą korzystały z innych książek – „Nowej Ery”, choć są w posiadaniu wystarczającej liczby egzemplarzy „Naszego Elementarza”, a na dodatek rodzice do ćwiczeń mieliby dopłacać, choć ministerstwo na każdego pierwszaka dało po 50 zł dotacji na materiały ćwiczeniowe.
W innej szkole dyrektor zastrzegł, że rządowe podręczniki będą leżały w bibliotece, żeby się nie zniszczyły, a dzieci będą pracować na wydrukowanych przez rodziców kartkach. Z całej tej paranoi chce mi się normalnie śmiać. Niektórzy dyrektorzy chyba nie wiedzą, dla kogo te książki dostali. To są podręczniki dla DZIECI! sześcio- i siedmiolatków! Rodzice są w pełni świadomi, że ich pociecha może taką książeczkę zniszczyć, nawet niechcący i Drodzy Dyrektorzy, jestem pewna, że za zniszczony podręcznik rodzic bez problemu zapłaci te 4,34 zł (na tyle MEN wyceniło jedną część elementarza).
Dlatego apeluję do wszystkich rodziców pierwszaków, żeby nie zgadzali się na ten cyrk, który odstawiają niektórzy dyrektorzy, bo według nowych przepisów dziecko ma prawo do nauki z rządowego podręcznika, ma prawo wziąć książeczkę do domu i pokazać rodzicom, czego się nauczyło. Dzieci powinny mieć kontakt z książkami również dlatego, żeby nauczyły się szacunku do „nie swoich” rzeczy, z których później korzystać będą ich młodsi koledzy.
Drodzy Dyrektorzy, nie ma co siać paniki przed zniszczeniem książeczki za 4 zł! Dajcie dzieciom trochę normalności i radości, nie uczcie ich strachu od najmłodszych lat.
Blanka Szlachcińska



One Response to "Podręczniki są, ale jakoby ich nie było"