Tam, gdzie duchy ziewają cz. I

Barbara Wyrzykowska ze swoją furażerką z Powstania Warszawskiego. Fot Wit Hadło
Barbara Wyrzykowska ze swoją furażerką z Powstania Warszawskiego. Fot Wit Hadło

Barbara Wyrzykowska przeżyła 63 powstańczych dni. Trzy razy przeszła kanałami pod walczącą Warszawą.

Mieszkanie w bloku na jednym z rzeszowskich osiedli. Czyste, zadbane. Mimo wczesnej godziny do środka wciska się letni skwar. Jest tak samo gorąco jak pamiętnego 1944 roku. – Nie jestem w stanie opowiedzieć tego wszystkiego, co przeżyłam w powstaniu, bo trwało przecież 63 dni. Musiałabym opowiadać dzień po dniu – mówi ściszonym głosem gospodyni. To pani Barbara Wyrzykowska, emerytowany nauczyciel akademicki, wdowa po prof. Romanie Wyrzykowskim, także powstańcu.

Urodziła się w 1925 roku w Warszawie. Około 1942 roku podjęła służbę w Szarych Szeregach jako łączniczka. W konspiracji złożyła przysięgę na wierność Rzeczypospolitej. W maju 1944 roku zdała maturę. W powstaniu była od pierwszego do ostatniego dnia. Służyła w Wojskowej Służbie Kobiet, biegała z meldunkami ze stacji głównej K1 w budynku „Pod Orłami” przy ul. Jasnej 1.

W konspiracji była po prostu „Baśką”. W jej patrolu służyły jeszcze trzy koleżanki: Dasia, Mirka i Irka. Przeżyła, ale to co zobaczyła, zapamiętała na całe życie. Zasłużyła na niejeden medal, ale nie dostała żadnego, bo, jak mówi, tylko chłopcy z bronią byli odznaczani. – To wojna była zła, powstanie było tylko jej częścią – wyprzedza pytanie o sens powstania. Na początku bije z niej spokój, jakby powstanie nigdy się nie wydarzyło… Z czasem ujawniają się emocje.

Jakby duchy ziewały
W drugim tygodniu powstania harcerka „Baśka” zgłosiła się do służby specjalnej. – Komendantka nie wyjaśniła, o co chodzi, powiedziała, że to tajemnica wojskowa. Powiedziała, żeby się zgłaszały dziewczyny niskiego wzrostu i bardzo wytrzymałe. Wyjaśniła, że będziemy w bardzo trudnych warunkach i przez wiele godzin przenosić ciężkie przedmioty. Jedna się wreszcie zgłosiła, potem druga, trzecia, na mnie komendantka popatrzyła wymownie, bo mnie lubiła, więc i ja się zgłosiłam. Okazało się, że to jest służba kanałowa. Wydzielono nas w specjalny pluton. Miałyśmy przenosić różne rzeczy na Stare Miasto, z którym nie mieliśmy naziemnego kontaktu.

– Dostałyśmy po dwa kijki, dłuższy i  krótszy, i płaską latarkę. Trzeba było się przebrać. W jakimś lokalu leżało mnóstwo wilgotnych ubrań, wszystkie męskie, duże, a my byłyśmy niskie. Żadne spodnie na mnie nie pasowały. Były tak duże, że mogłam się w nich schować. Jakiś chłopak, który już był w kanale, powiedział mi, że w spódnicy też można chodzić, tylko trzeba ją wysoko podwinąć. Wzięłam tylko obszerną bluzę. Ten chłopak pożyczył  mi swoje kapcie gimnastyczne. Wcisnęłam dwie skarpety, owinęłam je w gazety, by zabezpieczały przed wilgocią. Wyglądałam straszliwie. Dostałyśmy obciążenie. Obciążenie nosiłyśmy na piersi pod bluzą. Na prostokątnym kawałku brezentu były cztery kieszonki, a w każdej kieszonce siedział granat, zawinięty w brezentowy, podgumowany gałganek. Brezent był umocowany na krzyż przez plecach na dwóch taśmach. Latarki nie wolno było używać, tylko z konieczności i mieliśmy być cicho, żeby Niemcy nie usłyszeli.

– Najpierw chodziłam małymi kanałami, duże nie były jeszcze czynne. Taki kanał ma kształt jajowatej rury. Można było iść tylko na czworakach. Żeby  nie iść na kolanach i na rękach, opierałam kijek o ścianki tego jaja i miałam szczebelek. Szczebelek wysuwałam na przód i podciągałam nogi. Przemieszczałam się takim kaczym chodem. Powtarzałam te same ruchy. Warkocze miałam zebrane do kupy, w kremowej czapeczce. Droga była bardzo ciężka, szło się około pięciu godzin. Pierwsza grupa, która przeszła tym kanałem na próbę, stwierdziła, że to niemożliwe. Jedna dziewczyna zemdlała, druga dostała rozstroju nerwowego. Dowództwo wymyśliło coś nowego, dostaliśmy pastylki. Usłyszałyśmy, że na odkażenie. Dopiero po wojnie, całkiem niedawno, przeczytałam w jednej z książek, że to były pastylki dopingujące. One pomogły nam przejść tymi małymi kanałami. Na pastylkach szłyśmy cztery godziny. Z powrotem pięć. W drodze powrotnej nie dostawaliśmy pastylek, niosła nas adrenalina…

Łączniczka „Baśka” zaraz po powstaniu. - Jestem grubsza na twarzy, bo w ostatnich dniach powstania wchłaniałam z siostrą kaszę z plewami, nie wiedząc co nas czeka - mówi pani Barbara.
Łączniczka „Baśka” zaraz po powstaniu. – Jestem grubsza na twarzy, bo w ostatnich dniach powstania wchłaniałam z siostrą kaszę z plewami, nie wiedząc co nas czeka – mówi pani Barbara.

– W kanale wody było tylko do kostek, dlatego, że nasi fachowcy skierowali ścieki do innych kanałów. Przez kanał był przeciągnięty kabel, operacja przeciągnięcia trwała 36 godzin. Nie brałam w niej udziału. Zawsze czułam ten kabel pod nogami. Na ścianach były narysowane strzałki, każda przewodniczka poprawiała te strzałki, bo wilgoć je rozmywała. Pierwszy raz transportowałam granaty. Przed wejściem do kanału opowiadałyśmy sobie kawały, jedna z nas powiedziała: „Nie rozśmieszajcie mnie, bo zaraz wybuchnę.”

Drugi raz „Baśka” niosła opatrunki. Wtedy się pogubiły. Baśka zorientowała się, że nie czuje kabla, a poziom kanału zaczął się obniżać. Opowiada: „Nic nie było widać, całkowita czerń. Zaczęło przybywać wody. Kanał był coraz mniejszy w przekroju. Potwornie się wtedy najadłam strachu, ogromnie się przeraziłam. Wolałabym na wierzchu zginąć, a nie w ciemnościach utopić się w brudnej wodzie. Trudno było się odwrócić, ponieważ ten pakunek z bandażami był duży. Kapała na mnie woda. Do dziś czuję na ustach jej obślizgły smak”. Dziewczynom wreszcie udało się zawrócić, odnalazły drogę.

Kanał tworzy iluzoryczną przestrzeń. „W pewnym momencie wydaje się człowiekowi, że jest w absolutnie nieograniczonej przestrzeni, że może wstać i biec. Miałam ochotę tak zrobić. Poza tym idą fale dźwiękowe „uuuu”, „uuuu” jakby duchy ziewały. Wiedziałam, że to echo. Szczury? Nie było ich widać, tylko coś raz mi musnęło. Nie napadały na nas, były grzeczne. Po wejściu do kanału smrodu się nie czuje, nos szybko się przyzwyczaja. Dopiero po wyjściu ten smród inni czuli na naszych ubraniach.”

Nam nie wolno płakać…
Kanałami chodziła na Stare Miasto. Tam było piekło, którego nie da się opowiedzieć. Gdy poszła ostatni raz na Stare Miasto, było już sprane na miazgę przez niemieckie eskadry. Jedne odlatywały, drugie nadlatywał z bombami. I tak bez przerwy prze wiele dni. Ze Starego Miasta wycofywały się kanałami całe oddziały. „Poszłyśmy z opatrunkami, bo jeszcze dużo rannych zostało. Nie było ich jak transportować. Przeszłyśmy suchym i wysokim kanałem, na 1,5 metra. Nikt nam nie powiedział, że idziemy po rannych. W ruinach pałacu Krasińskich na rogu Miodowej i Długiej, gdzie teraz stoi pomnik powstańców (pani Barbarze się nie podoba, bo pokazuje, jak mężczyzna wyciąga z kanału drugiego, a przecież to dziewczęta chodziły w kanałach, na równi brały udział w powstaniu), stanęłyśmy w szeregu przy stoliku, za którym siedział  młody, potwornie zmęczony oficer w polskim mundurze. Patrzy na nas i mówi, że trzeba przeprowadzić rannych. Zapytałam się ilu, odpowiedział – stu pięćdziesięciu. Odpowiedziałam, przepraszam, ale nie mogę się tego podjąć, bo moja latarka już się nie pali. Bałam się, że zgubię i wyprowadzę rannych do Niemców. Szybko zgłosiła się inna, taka wielka dziewczyna, że ona poprowadzi rannych. I dobrze, pomyślałam.

Powstańcza opaska z napisami WP (Wojsko Polskie) i WSK (Wojskowa Służba Kobiet) oraz z logiem służby telefonicznej. Opaskę wykonała pani Barbarą.
Powstańcza opaska z napisami WP (Wojsko Polskie) i WSK (Wojskowa Służba Kobiet) oraz z logiem służby telefonicznej. Opaskę wykonała pani Barbarą.

– Wejście do kanału było bez przerwy ostrzeliwane. Huk pocisków, nie wiadomo skąd nadlatywały. Z drugiej strony stały kobiety z tobołami i błagały, żeby je wpuścić do kanału. Nad tym chaosem panował twardą ręką porucznik Bar. Czekałyśmy i czekałyśmy na tych rannych. Nikt nam nie powiedział, kiedy będą. Stałyśmy w bramie pałacu; wyobrażałam sobie, że wyjeżdżają z niego karety. Z tej bramy zobaczyłam leżącego zabitego powstańca, twarz miał zakrytą gazetą, a na jego piersiach siedział maleńki kotek i tak okrutnie płakał. Mój Boże, pomyślałam, nam nie wolno płakać, on za nas płacze. To były takie monety, kiedy serce ściskało się z bólu.

Wreszcie dostałyśmy rozkaz wejścia do kanału. Okazało się, że tylko z kilkoma rannymi. W połowie drogi zaczęli się denerwować. Tymczasem mieliśmy przejść pod otwartym przez Niemców włazem. A ranni się awanturują, krzyczą. Przewodniczka Mirka krzyknęła na nich „Zamknąć mordy!”. I uspokoili się.

Piotr Samolewicz

One Response to "Tam, gdzie duchy ziewają cz. I"

Leave a Reply

Your email address will not be published.