Strach przyciąga nieszczęście

„Ze strachem należało walczyć, by nie opanował człowieka, bo gdy się na to pozwoliło, to koniec”. Fot. Wit Hadło
„Ze strachem należało walczyć, by nie opanował człowieka, bo gdy się na to pozwoliło, to koniec”. Fot. Wit Hadło

Barbara Wyrzykowska służyła w Powstaniu Warszawskim od pierwszego do ostatniego dnia. Przeżyła piekło.

Długie, nieprzespane noce. Potworne poświęcenie i męstwo żołnierzy. Nierówna walka z Niemcami. Ciągły strach, któremu się nie wolno poddać, bo ściąga na człowieka śmierć.

Pani Barbara Wyrzykowska jest emerytowanym nauczycielem akademickim. Urodziła się w 1925 roku w Warszawie. Około 1942 roku podjęła służbę w Szarych Szeregach jako łączniczka. W maju 1944 roku zdała maturę. W powstaniu była od pierwszego do ostatniego dnia. Służyła w Wojskowej Służbie Kobiet, biegała z meldunkami ze stacji głównej K 1 w budynku „Pod orłami” przy ul. Jasnej 1.

Kostki cukru
„Biegłam przez plac Krasińskich. Nie byłam świadoma ciągłego ostrzału. Na środku placu, na którym nie było ani jednego bruku, bo cały poszedł na barykady, leżał tylko suchy piasek, zauważyłam rozsypane kostki cukru. Znalezisko niesamowite, bo podczas powstania nie jedliśmy normalnie. Zaczęłam je szybko zbierać do torby i kieszeni. Gdy to robiłam, z drugiej strony zaczęli machać na mnie jacyś dwaj chłopcy, krzyczeli. Nie wiedziałam, o im chodzi. W piachu koło siebie widziałam tylko takie lejki, z których wyskakiwał piasek. Nie zdawałam sobie spawy, że to kule. Byłam na takiej ścieżce życia, że żaden pocisk nigdy mnie nie trafił. Biegłam wzdłuż ulic, świstały kule „wiuu”, „wiuu”, przed nosem padały strzały i nic”.

W walczącej Warszawie były olbrzymie problemy z wodą, na szczęście łączniczka nie miała dużej potrzeby picia. Piła tylko kawę zbożową rano i wieczorem, „wściekle gorzką”. Bez cukru. Jadła tylko czarny chleb, dwa czy trzy razy trafiła się margaryna twarda jak świeca, czasem jadła marmoladę z buraków i jabłek. Masło było topione, poniemieckie, zupy gotowane ze zbóż. Pod koniec powstania jadła przypalony, gorzki i śmierdzący groch, nie do połknięcia. Wyobrażała sobie, że bierze do ust  pachnący groch, nie gryzła go w ogóle, tylko połykała szybko jak lekarstwo. Spała gdzie popadnie.

Wielki strach
„Stale potwornie się bałam, ale nikomu się nie przyznawałam. Ze strachem należało walczyć, by nie opanował człowieka, bo gdy się na to pozwoliło, to koniec. Strach właściwe pomaga przetrwać, bo mobilizuje. Gdy człowiek się podda, to postępuje wbrew instynktowi życia. Niektóre dziewczyny tak się bały, że nie były zdolne do niczego. Moja 16-letnia siostra nic się nie bała, bo w tym wieku nie odczuwa się strachu. Niosła kiedyś meldunek. Równolegle do niej szedł młody mężczyzna, potwornie się bał, kulił się przy każdym wybuchu, a ona szła jak na spacer, i w pewnym momencie zobaczyła, jak z oka tego mężczyzny spływa krew. Trafił go pocisk. Bo strach ściąga nieszczęście, nie wiem, jak to wytłumaczyć, jaka za tym stoi filozofia, ale takie mam spostrzeżenie. Tak zginęła moja przyjaciółka łączniczka Dasia. Szła z meldunkiem okropną trasą, naprzeciwko leciały pociski burzące, dalekiego zasięgu. Padały w budynki, zamieniały je w gruz. W momencie gdy wybucha taki pocisk, to nie ma się czego bać, bo to już przeszłość. Dasia, gdy usłyszała wybuch, ze strachu pobiegła po schodkach do budynku PKO, który od kilku dni się palił. Cegły były rozgrzane do czerwoności. Ona się schowała za kolumną przy wejściu. Wydawało jej się, że tak się uchroni. I ten budynek zaczął się walić, Dasię przysypały rozgrzane cegły. Potworne. Ona się żywcem piekła. Na szczęście jedna cegła palnęła ją w głowę i straciła przytomność. Po cholerę się przestraszyła? Bała się bez sensu. Nie była naprężona, trzeba się naprężyć. Przez cały czas miałam takie dziwne wyobrażenie, że ja się obronię, jak ucisnę ten strach, naprężę się. Gdy uciskam w sobie strach, wtedy otacza mnie zagęszczona przestrzeń, która mnie ochrania. To mi się sprawdziło, bo szłam tą samą, niebezpieczną drogą co Dasia. Leci naprzeciwko pocisk, a ja idę mu na spotkanie”.

Na wysuniętej placówce
Do dziś pani Barbara pamięta, jak tą niebezpieczną drogą niosła meldunek dla por. Wilka. „Stoję w bramie kamienicy, obok mnie żołnierz. Chcę wbiec w podwórze. Nie, nie koleżanko, słyszę. Złapał mnie za rękaw. Trzeba zaczekać. Trzy huki słyszymy, potem jest przerwa siedem sekund. W tych siedmiu sekundach musisz się zmieścić, by przebiec przez podwórko. Ale każe mi wybiec nie po trzech hukach, tylko w momencie trzeciego wybuchu. Przez podwórze poleciały trzy serie „wiuu”, „wiuu” i potem łomot, jak uderzały w jakiś budynek. No i wypchnął mnie, przebiegłam przez podwórko zasypane cegłami, szkłem i dechami z wystającymi gwoźdźmi. Wpadłam do następnego budynku, biegłam przez zaciemnione korytarze, piwnice. Wreszcie dobiegłam, przy stoliku stał  młodziutki mężczyzna, wyglądał na 17-leteniego chłopca. Był oparty o ścianę. Blady. Patrzył przed siebie, jakby nic nie widział, jakby spał na stojąco. Na stoliku na pudełku od zapałek stała przyklejona mała świeczka choinkowa. „Szukam por. Wilka.” „To ja”. To był dowódca wysuniętej placówki na samym krańcu obszaru Warszawy, który jeszcze walczył. Nie miałam satysfakcji, że mu dostarczyłam meldunek. Niepotrzebnie się narażałam. Wyjął z koperty, którą mu dostarczyłam, świstek papieru w kratkę zapisany tylko ołówkiem, bo nie było już piór i atramentu. Przeczytał, odłożył zniechęcony i powiedział, że on takich meldunków nie potrzebuje. On wie co robić. On potrzebuje wypoczętych ludzi, broni i amunicji. Ma jeszcze tylko 15 granatów, jeden karabin maszynowy, do którego jest parę naboi, jeden nieprzydatny w takiej sytuacjach karabin i dwa trzy nieprzydatne pistolety. A w ciągu dnia jego żołnierze odpierają co najmniej cztery ataki Niemców”.

Niemcy urzędowali w Ogrodzie Saskim, z tyłu, gdzie stoi dziś Grób Nieznanego Żołnierza. Po drugiej stronie, gdzie przebiega ulica Królewska, chcieli zdobyć pewien budynek. „Wchodzili do jednej kamienicy, następnie do drugiej, jedno podwórze i brama były przelotowe. Taka ósemka: brama podwórka, w środku wąskie przejście między dwoma budynkami, i drugie podwórze. To wszystko było w absolutnej ruinie. Terenu tego broniło czterech, najwyżej pięciu naszych chłopców. Cztery doby nie spali. Zasypiali na stojąco, osuwali się o ścianę. Mówili mi, że nie są już w stanie walczyć, muszą odpocząć, Jednocześnie zapewniali, że wytrzymają, ale muszą dostać pomoc. Gdy Niemcy się zbliżali, nasi chłopcy ich widzieli, bo byli schowani w wysoko położonych otworach, byli cichutko. Gdy Niemcy podchodzili do tego wąskiego przejścia, wystarczyło, że nasi wrzucali jeden granat, powstawał olbrzymi huk, a Niemcy zaczynali strzelać we wszystkie strony. Huk się odbijał od ścian, wzmagał się, jakby ktoś strzelał ze wszystkich stron. Niemcy się zatrzymywali, brali rannych i wycofywali się, bo myśleli, że naszych jest dużo. Por. Wilk mi powiedział, gdyby Niemcy wiedzieli, ilu jest powstańców, to rąbnęliby w budynek jednym pociskiem dużego kalibru i zabili ich. Po każdym takim ataku jeden powstaniec dyżurował, a reszta spała. Gdy Niemcy się zbliżali, dyżurny budził śpiących. Właściwie nie spali, tylko drzemali, a co jedli, nie wiem”.

– Tak było, tak walczyliśmy – kończy swoją opowieść pani Barbara.

ZOBACZ: „Tam, gdzie duchy ziewają cz. I”

Piotr Samolewicz

Leave a Reply

Your email address will not be published.