Skazany na śmierć i cudem uratowany

„Goran” do lecznicy trafił w stanie agonalnym. Tak wyglądał wówczas. Fot. Centrum Adopcyjne Lecznicy „Ada”
„Goran” do lecznicy trafił w stanie agonalnym. Tak wyglądał wówczas. Fot. Centrum Adopcyjne Lecznicy „Ada”

PRZEMYŚL. Historia „Gorana”: opowieść o okrucieństwie i miłości. Ludzie skrzywdzili psa, inni zwrócili mu zdrowie i dali wspaniały dom.

Gdy 10-letni pies trafił do przemyskiej kliniki „Ada”, był w stanie niemal agonalnym. Odwodniony, zagłodzony i niemal „zjedzony” przez pasożyty. Potem okazało się, że ma w sobie także… trzy kule. Weterynarze zajmowali się psem, którego nazwali „Goran”, ze łzami w oczach i bardzo nikłą nadzieją, że z tego wyjdzie. Dziś „Goran” czuje się już dobrze i znalazł swój normalny dom. Mieszka w jednej z podprzemyskich miejscowości i ma wszystko: dobre jedzenie, miejsce do spacerów, ale przede wszystkim miłość ludzi. Historia tego psa, choć wydaje się niezwykła, jest jedną z wielu zakończonych happy endem historii zwierzaków „pisanych” przez przemyskie Centrum Adopcyjne Lecznicy „Ada”.

O wcześniejszym życiu „Gorana” można powiedzieć, że naprawdę było „pieskie”. Psu jego „pan” skąpił nawet wody i to w największe upały! W końcu ktoś zainteresował się zwierzęciem, które już dogorywało na posesji w Krzywczy. Gdy pies trafił do przemyskiej lecznicy „Ada”, jego stan był bardzo ciężki. – Musimy być dobrej myśli, będziemy robić wszystko, by go uratować – mówił nam wówczas Radosław Fedaczyński z „Ady”. Weterynarz słowa dotrzymał, podjęto ogromny wysiłek, by ratować 10-letniego kundelka. Walczono z pchłami i wszołami, które dosłownie roiły się na ciele „Gorana”, dwukrotnie przetaczano mu krew, sprowadzano drogie leki i w końcu usunięto z jego ciała 3 kule. „Goran” dochodził do zdrowia, a społeczność facebookowa „kibicowała” mu codziennie domagając się relacji z leczenia.

Chętnych do adopcji było ponad 50 osób!
Gdy pies już przyszedł do siebie, czas było pomyśleć o oddaniu go do adopcji. Jednak czy to możliwe w przypadku 10-letniego kundelka po takich przejściach? – Tak! Też mieliśmy wątpliwości, czy „Goran” znajdzie nowy dom – przyznaje dziś R. Fedaczyński. – Jednak odzew był ogromny! Pisali do nas i dzwonili ludzie z całej Polski. Było około 50 osób chętnych zaadoptować „Gorana” – zdradza weterynarz. – Zdecydowaliśmy się przekazać go w ręce ludzi, którzy mieszkają blisko, których znamy i wiemy, że mają doświadczenie w opiece nad zwierzętami i warunki na to, by przyjąć „Gorana” – wyjaśnia.

Czekają inne zwierzaki
Dziś „Goran” już nie jest zabiedzoną kupą zapaskudzonej sierści, w której z lękiem bije skołatane psie serce. Jest kochanym pupilem otaczanym miłością i staraniem, z pełną miską i spokojnym miejscem do spania, wychodzącym na spacer i wożonym do „swoich” weterynarzy na kontrolę.

„Goran” odwiedza tych, którzy go uratowali, przy okazji wizyt kontrolnych. Uśmiech Radosława Fedaczyńskiego (w środku) i psi „uśmiech” „Gorana” wystarczą zamiast słów...
„Goran” odwiedza tych, którzy go uratowali, przy okazji wizyt kontrolnych. Uśmiech Radosława Fedaczyńskiego (w środku) i psi „uśmiech” „Gorana” wystarczą zamiast słów…

– Przestał się bać, zrobił się wesoły i ufny – opowiada Fedaczyński, który wcale nie kryje wzruszenia. – Cieszymy się jego szczęściem – dodaje. Ale „Goran” wcale nie jest jedynym zwierzakiem, który dzięki staraniom Centrum Adopcyjnego Lecznicy „Ada” znalazł dom i kochających go ludzi. Tu trafiają porzucone psy i koty, czasem wyrzucane po prostu pod lecznicą, suki ze szczeniakami, koty, które się „znudziły”. Ich „panowie” i „panie” nie mają skrupułów, by wyrzucić zwierzę z samochodu czy wrzucić kocięta albo szczeniaki do śmietnika. W centrum najpierw ratują im zdrowie i życie, a potem intensywnie szukają domu. W ten sposób do adopcji trafiło już ponad 100 zwierzaków. – Starannie sprawdzamy, czy chętni na adopcję mają warunki na nią i poradzą sobie z nowym domownikiem – przyznaje Fedaczyński. – Adopcja zwierzaka to poważna sprawa – podkreśla.

Przedsięwzięcie godne szacunku
By więcej dowiedzieć się o Centrum Adopcyjnym „Ada”, wystarczy „wejść” na jego profil na Facebooku. Tu można znaleźć wszelkie informacje o zwierzakach czekających na adopcję, poznać ich historie, a także dowiedzieć się, jak można wspomóc to naprawdę godne szacunku przedsięwzięcie. Pamiętajmy, że miarą naszego człowieczeństwa jest to, jak traktujemy słabszych od siebie i od nas zależnych.

Monika Kamińska

5 Responses to "Skazany na śmierć i cudem uratowany"

Leave a Reply

Your email address will not be published.