
WIELKA BRYTANIA. Zwolennicy szkockiej niepodległości oraz sami Anglicy liczą na głosy Polaków.
W referendum niepodległościowym Szkoci wybiorą w czwartek, 18 września, nie tylko własną przyszłość. Mogą też przesądzić o losie Wielkiej Brytanii i całej Unii Europejskiej, rozbudzając nastroje secesjonistyczne w innych krajach.
Nie tylko rodowici Szkoci, ale także nasi rodacy będą mogli wziąć udział w czwartkowym referendum niepodległościowym. Kilka lat temu szkocki rząd przyznał bowiem prawa wyborcze wszystkim obywatelom krajów Unii Europejskiej, którzy żyją w tym kraju na stałe.
Polacy, by pójść do urn, muszą posiadać tzw. status rezydenta, czyli mieszkać w Szkocji powyżej 183 dni w roku. Muszą także 18 września mieć skończone 16 lat i być wpisani na listy wyborców (tzw. electoral register). Czas na dopisanie się do nich mieli do 2 września.
Według szacunków brytyjskiego „Daily Mail”, prawo głosu posiadają 33 tysięce Polaków. To najwięcej spośród wszystkich imigrantów uprawnionych do głosowania z terenu Unii Europejskiej.
Nie dziwi więc, że o poparcie Polaków walczą zarówno przeciwnicy, jak i zwolennicy odłączenia się Szkocji od Wielkiej Brytanii. Jeszcze w lipcu do Polaków bezpośrednio zaapelował naczelny sekretarz skarbu Wielkiej Brytanii, Daniel Alexander. W wystosowanym do nich liście otwartym przekonywał, że „nasza przyszłość będzie bezpieczniejsza, jeśli pozostaniemy częścią Wielkiej Brytanii”.
Z kolei premier Szkocji, a zarazem szef Szkockiej Partii Narodowej Alex Salmond i jeden z inicjatorów referendum, zachęcał Polaków, by opowiedzieli się za niepodległością kraju, przy okazji zapewniając, że polska diaspora „jest w Szkocji mile widziana”, a jego kraj zawsze będzie „otwarty na imigrantów”, w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii i jej antyimigracyjnej polityki.
Szkocja podupadnie gospodarczo?
Zwolennicy niepodległej Szkocji mówią, że w przypadku wygranej w referendum ich kraj będzie bogatszy – dzięki złożom ropy i gazu na Morzu Północnym. Będzie też w nim więcej równości niż w Wielkiej Brytanii, rządzonej obecnie przez „neoliberalnych” konserwatystów. Zdaniem przeciwników secesji, Szkocja – jeśli uzyska niepodległość – podupadnie gospodarczo. Dochody z ropy spadły o połowę w ciągu pięciu ostatnich lat, więc trudno na nich budować wizję państwa zwiększonego dobrobytu.
Tym bardziej że – jak przewidują eksperci – odłączenie się Szkocji od jednej z najsilniejszych gospodarek Europy skończy się dla niej gwałtownym odpływem zagranicznego kapitału i recesją. Kryzys idący w parze z panicznym wycofywaniem depozytów oszczędnościowych ze szkockich banków przewiduje w takim wypadku bank Credit Suisse.
Gra toczy się jednak nie tylko o samą Szkocję, ale i o przyszłość Wielkiej Brytanii oraz Unii Europejskiej. Polityczne konsekwencje możliwego triumfu szkockich secesjonistów musiałby ponieść rząd Davida Camerona, do którego przylgnęłoby miano grabarza Zjednoczonego Królestwa Wielka Brytania. Tak silny cios dla torysów mógłby otworzyć drogę do sukcesu wyborczego Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, zwolenniczki odłączenia się Wielkiej Brytanii od Unii Europejskiej.
polskieradio.pl, tvn24bis.pl


