
– Nigdy nie miałem koszmarów, nie śnią mi się twarze zmarłych – mówi doktor, który wykonał 1,5 tys. sekcji zwłok.
Przeprowadził około 1,5 tys. sekcji zwłok, ma na koncie 19 opinii w sprawie zabójstw, które pozwoliły skazać morderców na długie wyroki więzienia. W zawodzie pracuje od 21 lat, ale jak sam mówi: – Nie przepadam za sekcjami zwłok i do dzisiaj się z nimi nie mogę do końca oswoić. Na pytanie, dlaczego to robi, odpowiada: – Lubię w tej pracy to wnioskowanie analityczne na podstawie zebranych danych. Dostaję dokumentację śledczą, akta sprawy, przesłuchania świadków, analizuję inne wyniki. Wreszcie cieszy mnie pomoc prokuratorowi i rozwikłanie kryminalnej zagadki. Mowa o jasielskim doktorze Dariuszu Pomprowiczu, który jest odpowiednikiem amerykańskiego koronera. W Polsce funkcja ta jednak nie istnieje, więc mówi się o nim biegły lekarz medycyny.
Tak naprawdę mało kto wie czym zajmuje się lekarz, którego praca polega na badaniu ludzkich zwłok. Panuje mnóstwo stereotypów: że w prosektorium wódka leje się strumieniami, nie szanują ludzkich zwłok itd. A jak to wszystko wygląda naprawdę i po co robić sekcję zwłok?
– Prokurator wzywa mnie na miejsce jakiegoś zdarzenia nie dlatego, że jestem ciekawy, jak wyglądają zwłoki, ale dlatego, żeby określić, czy np. do śmierci tego człowieka przyczynił się ktoś trzeci – mówi doktor Pomprowicz, który jest jedynym lekarzem zajmującym się sekcjami zwłok w powiatach: jasielskim, brzozowskim i krośnieńskim.
Podkreśla, że dla niego ciało to nie przedmiot, a człowiek, tylko w innym stanie. – Nie jest tak, że technicy czy ja szlachtujemy sobie ciało dla zabawy. Robimy tylko to, co musimy zrobić. Nawet jak przeprowadzamy kosmetykę pośmiertną, to staramy się wykonać ją tak, żeby rodzina mogła otworzyć trumnę – przyznaje.
Podaje nam przykład: ojciec z synem biją się w domu. Nagle ojciec upada i umiera. Zadaniem prokuratora jest ustalenie co się stało, czy doszło do zabójstwa, a jeśli doszło, to czy mężczyzna celowo zabił. – Wówczas pojawiam się ja. Rozglądam się na miejscu, gdzie doszło do zdarzenia. Patrzę m.in. czy denat ma obrażenia zewnętrzne i rekomenduję: nie wygląda mi na to, że on go zabił, raczej wygląda mi na to, że facet dostał podczas bójki zawału. Co jest bardzo prawdopodobne w takiej sytuacji, bo człowiek chorujący na serce i nadciśnienie w czasie szamotaniny jest wzburzony emocjonalnie. Tak więc prawdopodobieństwa dostania zawału czy wylewu są bardzo duże. Ja tego jednak nie mogę na 100 proc. powiedzieć na miejscu, dlatego też musimy otworzyć te zwłoki, zobaczyć, porównać i jest to istotne co prawda nie dlatego, który zmarł, ale dla rodziny – opowiada. – Zbadanie ciała ma również bardzo duże znaczenie dla delikwenta, który brał udział w bójce, bo jeżeli zabił, to nie może mieć pretensji do nikogo, że trafił do więzienia. Ale jeśli nie jest winny bezpośrednio śmierci tego człowieka, to dlaczego ma iść siedzieć. Tu się pojawia biegły, który przybliża do prawdy. A przynajmniej stara się jak najlepiej do tej prawdy dojść – dodaje.
Kolejna sprawa: młode małżeństwo z miesięcznym stażem, nieposiadające dzieci. Są jedynakami i mają tylko rodziców. Należy dodać, że bogatych rodziców. Ich bliscy podarowali im duże wille. Jadą z podróży ślubnej i z dużą prędkością wpadają w TIR-a. Giną na miejscu. – Czy istotne jest, które z nich zmarło wcześniej? Wiele osób powie, że wydarzyła się tragedia i to wcale nieistotne. – Jest jednak inaczej – tłumaczy. Pierwsza umiera żona, a więc automatycznie cały jej majątek wraz z tym podarowanym niedawno domem dostaje jej mąż. Ten jednak umiera 15 minut po żonie. Już są dwa majątki. W tym momencie zachodzi duży konflikt prawny, bo kto dostaje cały ten majątek? Oczywiście rodzice ostatniej zmarłej osoby, czyli mężczyzny. Tyle, że nikt nie wie, kto kiedy zmarł. – I tu jest moja rola, bo ja to określę. Jak to zrobię? Stwierdzam, że mężczyzna ma np. pękniętą wątrobę i krwawił od kilku do kilkudziesięciu minut zanim umarł, a jego żona ma np. pękniętą aortę, gdzie śmierć następuję prawie natychmiast i już mamy odpowiedź, kto odziedziczy majątek.
Inna sytuacja. Wydarzył się duży wypadek. Strażacy wyciągają wszystkich z samochodu, jest nieład. Kilka osób nie żyje, inne są ranne. Powstaje pytanie, kto prowadził? – Podczas sekcji zwłok widzę np. sine ślady po pasach i po ich ułożeniu wiem, że to np. kierowca. Jeżeli denat ma połamane żebra, to świadczy o tym, że to on prowadził, a te obrażenia spowodowała kierownica i tak długo można wymieniać.
Czasem o powodzeniu śledztwa decyduje malutki szczegół
– Medycyna sądowa to nie tylko sekcja zwłok. Uzyskujemy dzięki niej pewne dane, ale to element większej całości. To nie jest tak, że chodzę uśmiechnięty z piłą, nożem i tu coś rozetnę, tam coś utnę. Samą sekcję robią zwykle technicy. Oczywiście jestem przy sekcji, ale notuję, wydaję polecenia technikom, jak potrzeba to wysyłam do kolejnych badań jakieś wycinki. Sięgam po fachową literaturę, np. dotyczącą broni – opowiada doktor. – I podkreślam, ja o niczym nie decyduję – nie ja oskarżam i nie ja wydaję wyroki. To prokurator prowadzi śledztwo, ja wydaję opinię, a więc sugeruję, a on wyciąga wnioski – dodaje.
Czasami o rozwiązaniu sprawy decyduje wręcz mikroskopijna rzecz. Doktor Pomprowicz pracował kiedyś przy śledztwie, w którym syn zabił ojca nożem. Denat miał wyszczerbiony kawałek kości łopatki, w kanale rany o wymiarze 2mm na 2mm. Przeciętnej osobie nic to nie mówi. O czym to może jednak świadczyć? – Gdy kroi się nożem mięso z kością, to na tej kości zostaje albo nacięcie albo nie ma śladu – w zależności od siły nacisku. A jak uderzysz z dużą siłą w kość, to ją odłupiesz. Skoro znalazłem odłupany kawałek kości, to znaczyło, że syn go uderzył tym nożem z dużą siłą, a nie, że podczas szamotaniny jego ojciec sam nabił się na ten nóż. Jak było uderzenie, to cios z zamiarem, a więc syn odpowiedział za zabójstwo i poszedł siedzieć na 15 lat – mówi.
Zapach jest nie do zniesienia
Jak doktor Pomprowicz znalazł się w prosektorium? – Byłem młodym lekarzem, radiologiem. Do dyrektora szpitala zadzwonił pewnego dnia prokurator i mówi: “Daj mi kogoś do sekcji”. Nikt ze starych lekarzy nie chciał, więc dali tego najmłodszego, czyli mnie, i tak, choć zapierałem się rękami i nogami i do dzisiaj nie lubię samej sekcji zwłok, to zajmuję się tym od 21 lat.
Pierwsza jego sprawa dotyczyła wypadku samochodowego, w którym zginęły trzy osoby. – Pamiętam, że byłem niesamowicie przestraszony. Wkładałem jakieś waciki z lidokainą do nosa, żeby nie zwymiotować – wspomina. Od razu dodaje, że obecnie w prosektorium już nie ma takiego zapachu jak kiedyś. Stosuje się środki o zapachu korzennym i miętowym, bo zwłoki zawsze wydzielają specyficzny zapach. Taki trochę słodkawo-ostry, ale jednocześnie obrzydliwy. Jak przywiozą topielca wyłowionego po pięciu tygodniach, to nie ma jednak środka, który zneutralizowałby ten specyficzny fetor. – Przyznam szczerze, że po tych wszystkich latach nadal ciężko znoszę ten zapach – przyznaje.
Wykonywanie sekcji zwłok nie odbywa się na etacie. Dzwonią, to jedzie. Czasami dziennie wykonuje trzy sekcje zwłok, ale bywa, że przez kilka tygodni ani jednej. Wyjazdy są zwykle wieczorne lub późno w nocy. Często tym wyjazdom towarzyszy straszny widok, wręcz jak z horroru. – Wchodzę o 2 w nocy z prokuratorem i policjantami do lasu, a tu ciało człowieka wisi na drzewie – mówi.
– Kiedyś wezwali mnie do domu, a tam dosłownie rzeźnia. Krew na posadzce, suficie, ścianach, fotelach. Cały dom zalany krwią. Wykrwawionego mężczyznę znaleźliśmy na strychu. Ktoś go zabił? A skąd. Tak sobie pociął ręce i biegał po tym domu wyjąc i rycząc w jakimś amoku i kropił wszystko krwią. Do dzisiaj nie wiem, jak on wcześniej nie stracił przytomności i dopiero zmarł na tym strychu. Był tak skrwawiony, że nawet plama opadowa się nie wytworzyła – opowiada lekarz.
Jak sam mówi, nigdy nie przyzwyczaił się do widoku nieżywych dzieci. Zwłaszcza jeśli pracuje przy sprawach, w których doszło do dzieciobójstwa. – Zwykle po takich sekcjach jeszcze kilka dni dochodzę do siebie – tłumaczy. I dodaje: – Nigdy jednak nie miałem koszmarów, nie śnią mi się twarze denatów. Ja właściwie pamiętam tylko szczegóły z tych dużych spraw, inne staram się wyrzucać z pamięci. Choć niektóre szczegóły są takie, że nie da się ich nigdy zapomnieć.
Grzegorz Anton



8 Responses to "Do sekcji zwłok dziecka nie przyzwyczaję się nigdy"