
Rozmawiamy z Andrzejem Grzebykiem, rzeszowianinem na co dzień reprezentującym klub Legion Team Tarnów.
To jeden z najbardziej utalentowanych, młodych zawodników MMA w Polsce, który na amatorskim ringu nie przegrał ani jednej z kilkunastu walk; może pochwalić się także tytułem amatorskiego Mistrza Polski w MMA. Na zawodowym ringu stoczył do tej pory 10 walk, z czego 8 wygrał – ostatnią ze znakomitym zapaśnikiem z Poznania Michałem Pietrzakiem.
– Rozmawiamy po Twojej 10 zawodowej walce w Koninie, gdzie pokonałeś Michała Pietrzaka – aktualnego mistrza Polski w zapasach. Czy to dla Ciebie najważniejsze zwycięstwo w Twojej karierze?
– Tak. Jest to moje najcenniejsze i w sumie najważniejsze zwycięstwo w dotychczasowej karierze. A Michał jest nie tylko mistrzem Polski w zapasach, ale ma również duże osiągnięcia w brazylijskim jiu jitsu i MMA, więc tym bardziej cieszy pokonanie takiego przeciwnika.
– Podobno miałeś jakieś problemy zdrowotne i to dość poważne, a krótko przed walką przechodziłeś jeszcze rehabilitację?
– Tak, to prawda. Nabawiłem się bardzo niebezpiecznego urazu, który mógł mnie wyłączyć przynajmniej na rok ze startów. Miałem uszkodzony więzowzrost. I zapowiadało się, że nie będę walczył. Trafiłem jednak w Rzeszowie do świetnego fizjoterapeuty. Michał dokonał wręcz cudu i poskładał mnie. Podczas gali w Koninie byłem sprawny w stu procentach.
– Kiedyś byłeś na obozie przygotowawczym w Wielkiej Brytanii, czy tym razem do walki także przygotowałeś się za granicą?
– Przed walką postanowiłem wraz z trenerem wyruszyć na dwa obozy. Jeden z nich odbył się w Czechach w klubie RK Znojmo, a drugi w naszym kraju, a mianowicie w Zakopanem. Na obozach za zadanie mieliśmy głównie wzmocnić nogi i kondycję, ale również podszkolić obronę przed atakami na nogi zapaśników oraz walkę w parterze.
– Z walki na walkę masz coraz lepszą kondycję. W Koninie wyglądałeś tak jakbyś mógł jeszcze walczyć przynajmniej dwie rundy.
– Do walki w Koninie przygotowywałem się tak, jakbym miał stoczyć 5 rund i cieszę się, że widać wyraźną poprawę mojej kondycji. To zasługa moich trenerów, którzy cały czas motywują mnie i podnoszą poprzeczkę.
– Zawsze najlepiej radziłeś sobie w stójce. Parter był trochę słabszy. W Koninie zaskoczyłeś kibiców właśnie przede wszystkim walką w parterze po obaleniach Pietrzaka. Co robisz, że właśnie ten element walki tak bardzo poprawiłeś?
– Walka w parterze nie jest mi obca. Mimo że jestem zawodnikiem stójkowym, to jeszcze nie raz zaskoczę w parterze. A za moje postępy w poprawieniu tego elementu dziękuję głównie Robertowi, który jest znakomitym trenerem BJJ.
– Twoje bardzo dobre występy zostały zauważone przez szefów organizacji PROMMAC, w której walczy m.in. były zawodnik z UFC Tomasz Drwal. Czy już w listopadzie zawalczysz na ich gali w Częstochowie, transmitowanej przez Polsat Sport?
– Przede wszystkim jestem zaszczycony tym, że włodarze PROMMAC zwrócili na mnie uwagę i mogłem zasilić ich federację. A co do gali listopadowej, to na chwilę obecną nie mogę nic mówić o moim ewentualnym występie. Moi kibice muszą uzbroić się w cierpliwość.

– Co z Twoimi występami za granicą? Czy pójdziesz w ślady Kamila Maronia, kolegi klubowego (pochodzącego z Sędziszowa Młp. – przyp. red.) i będziesz walczył np. w Rosji?
– Chcę wyrobić sobie markę w Polsce i występy za granicą raczej odpadają. Jeśli jednak pokaże się godna oferta, to z pewnością usiądziemy z moimi trenerami i ją przedyskutujemy. Tak jak jednak już powiedziałem, nie mam jakiegoś wielkiego parcia na to, żeby walczyć poza granicami kraju. Nie znaczy to jednak, że zawsze będę walczył w Polsce. Jeśli wypromuje się na naszym podwórku, to wtedy będę myślał o wyjazdach.
– Jesteś zawodowcem, ale czy rzeczywiście w Polsce da się wyżyć z samych walk?
– Z samego MMA w Polsce bez sponsorów naprawdę ciężko wyżyć. Dlatego też pracuję, a jeśli przychodzi czas przygotowań, staram się jakoś pogodzić to wszystko, żeby przygotować się jak najlepiej do walki. Mój dzień wygląda tak, że już rano trenuję, później idę do pracy, wracam do domu, szybko pakuję się i jadę do Tarnowa na drugi trening. Po treningu znajduję czas dla narzeczonej i tak dzień w dzień.
– Jacyś sponsorzy się pojawili?
– Co do sponsorów to powiem szczerze, że mało firm jest chętnych do pomocy zawodnikom MMA. Niestety, nie mam stałego sponsora, który pomagałby mi. A jeśli taki by się znalazł, to z pewnością nie żałowałby. Moje walki były już transmitowane w telewizji, a myślę, że będą coraz częściej, bo jestem jeszcze młody i cały czas pnę się w górę. Firma która by mnie wspomogła, mogłaby liczyć na swoje logo umieszczone na stroju, w którym walczę. Po galach są wywiady, w których także widać logo sponsora. Reklama ukazywałaby się na banerach podczas walki. Sponsor otrzymuje także podczas moich walk bilety VIP.
– Przecież w MMA walczysz w spodenkach, a na dłoniach masz rękawice. Co więc tyle kosztuje w tym sporcie?
– Wydaję pieniądze na odżywki, sprzęt, odzież, odnowę biologiczną, w skład której wchodzi basen, sauna, masaże, jacuzzi, różne zabiegi. Do tego dochodzą również dojazdy i opłaty za treningi. To nawet kilka tysięcy złotych miesięcznie.
– Chcesz komuś podziękować za dotychczasowe osiągnięcia?
– Oczywiście. Przede wszystkim dziękuję moim trenerom: Radkowi Piechnikowi, Robertowi Wardzale i Dawidowi Drogosiowi. Bez nich nie byłbym dzisiaj w tym miejscu, gdzie jestem. Dziękuję całej paczce z Tarnowa, która mnie wspiera, a także mojej rodzinie i rodzinie narzeczonej. Dziękuję wreszcie wszystkim kibicom i osobom, które wierzą w mój sukces. A na koniec zostawiam moją narzeczoną Olę – to ona jest moim największym kibicem, który mnie wspiera w każdej sytuacji życiowej i mam nadzieję, że będzie już tak zawsze.
Rozmawiał Grzegorz Anton


