
KOSZYKÓWKA. I LIGA. Rozmowa z Tomaszem Pisarczykiem, skrzydłowym Sokoła Łańcut.
W minioną niedzielę w wyjazdowym meczu z Zagłębiem Sosnowiec na ligowe parkiety powrócił po kontuzji skrzydłowy Sokoła Łańcut, Tomasz Pisarczyk. – Bardzo się cieszę, że wreszcie mogę grać. Nie mogłem się już doczekać powrotu na parkiet – mówi Tomasz Pisarczyk.
– W Sosnowcu zagrał pan 20 minut i zdobył w tym czasie 13 punktów. To chyba niezły wynik po tak długim rozbracie z koszykówką.
– Mogę być zadowolony ze swoje postawy. Jednak najważniejsze jest zwycięstwo całego zespołu.
– Przyzna pan, że kontuzja, której się nabawił (złamanie kości śródręcza – przyp. red.) przydarzyła się w dosyć nietypowych okolicznościach.
– Wszystko wydarzyło się na treningu. Zderzyłem się z Szymonem Rduchem i kość nie wytrzymała. Później była operacja, rekonwalescencja, tak więc straciłem sporo z okresu przygotowawczego. Tak na dobrą sprawę trenowałem z drużyną tylko przez miesiąc, później musiałem przygotowywać się indywidualnie, rozruszać kontuzjowaną dłoń i powoli wejść w rytm meczowy.
– Ciężko było przetrwać taki długi rozbrat z koszykówką?
– Przyznam, że jeszcze nigdy nie miałem tak długiej przerwy, bo kontuzję odniosłem jeszcze w sierpniu. Uciekło mi sporo treningów, gier kontrolnych, ale mam nadzieję, że uda mi się szybko ten okres nadrobić i nie będzie on miał wpływu na moją dyspozycję w dalszej części sezonu.
– Trudno ogląda się mecze swojej drużyny z trybun?
– Bardzo! Zdecydowanie bardziej wolę grać i być na parkiecie.
– Pewnie teraz trener Dariusz Kaszowski musi nieco pana hamować…
– Nie ukrywam, że mam bardzo duży głód gry i trener musi czasem studzić moje zapędy.
– Sokół rozpoczynał sezon bez pana i Dawida Bręka, jednak radzi sobie jak naradzie bardzo dobrze.
– Mam nadzieję, że wszystkie kadrowe kłopoty mamy już za sobą. Ja wróciłem już na parkiet, czekamy jeszcze na powrót Dawida. I oby to był koniec kontuzji. Dysponujemy w tym sezonie szerokim składem, co w przeszłości było bolączką Sokoła, a w takich sytuacjach jest to bardzo przydatne. Nasze kontuzje sprawiły, że pozostali zawodnicy mieli szansę dłuższego przebywania na parkiecie, więcej okazji do gry, zarówno w meczach kontrolnych, jak i ligowych. Zastępują nas skutecznie, o czym świadczą wyniki i nasza pozycja w tabeli.
– Podziela pan zdanie, że w tym sezonie poziom I ligi jest zdecydowanie słabszy niż w latach poprzednich?
– Trudno powiedzieć po tych kilku kolejkach. Myślę, że na pierwsze oceny musimy poczekać przynajmniej do zakończenia pierwszej rundy. Jest sporo beniaminków, dużo nowych graczy. Na pewno liga jest inna i przynajmniej na początku zróżnicowana poziomem. Ale to nie znaczy, że tak będzie przez cały sezon. Przykładem może być Zagłębie, z którym wygraliśmy w niedzielę. Na razie zespół z Sosnowca przegrywa mecz na meczem, ale to się może szybko zmienić. Podobnie może być w przypadku innych drużyn.
– Trener Dariusz Kaszowski był zazwyczaj bardzo ostrożny, jeśli chodzi o deklaracje co do celów jego drużyny na dany sezon. Teraz w Łańcucie otwarcie mówi, że miejsce w pierwszej czwórce to plan minimum…
– Na razie zajmujemy miejsce w czołowej czwórce, tak więc realizujemy plan. Oby tak do końca sezonu i oby bez kolejnych kontuzji.
Rozmawiał Marcin Jeżowski


