
RUDNIK n. SANEM. Czarna owca trafia się w niejednej rodzinie, ale nie każdy wyrodny kuzyn jest tak bezczelny.
Trzeba mieć nieziemski tupet, by okraść kuzynkę, potem próbować od niej pożyczyć pieniądze i jeszcze się złościć, że ta wezwała policję. Taki charakter ma 34-letni mieszkaniec miasta nad Rudną. Ma też smykałkę do kradzieży, o czym doskonale wiedzą rudniccy policjanci i wiedza ta przyczyniła się do błyskawicznego wykrycia sprawcy włamania do domu 74-letniej kobiety.
Złodziej skorzystał z rodzinnej wiedzy i głębokiej wiary swojej ofiary. Wiara nakazuje starszej pani coniedzielne uczestnictwo w mszy świętej. Rodzina natomiast wie, że co tydzień kuzynka chodzi na tę samą godzinę do kościoła. Pechowo się złożyło, że dalekim kuzynem rudnickiej parafianki jest zwykły złodziej.
Wczesnym popołudniem pani wyszła do kościoła. Po powrocie nie musiała sięgać po klucz, bo drzwi były wyważone. Wnętrze domu wyglądało, jakby tornado w nim zagościło. Wszystkie szuflady wysunięte, drzwi szaf i szafek pootwierane, a nawet kieszenie ubrań wywrócone na wewnętrzną stronę. Nie było wątpliwości, że w domu był złodziej. Pani wezwała policję. Mundurowi zebrali ślady i odjechali szukać złodzieja. Ten ukradł tylko 44 zł, a musiał liczyć na więcej. Gdy policjanci odwiedzali potencjalnych przestępców, do okradzionej przyszedł daleki krewny. Chciał pożyczyć pieniądze. Kobieta powiedziała, że nic nie ma, bo właśnie została okradziona. Gdy dodała, że była już u niej policja, kuzyn zrobił jej scenę złości i szybko uciekł. Nic dziwnego, że policjanci pojechali po niego. W pierwszych słowach wyjaśnień przyznał się do włamania. Obiecał nawet wynagrodzić ciotce szkody, ale ta zasugerowała, by trzymał się od jej domu z daleka.
jam


