– Przypadek jeden na milion

- I ja, i moi bliscy najedliśmy się strachu - przyznaje wychowanek Resovii, który od kilku dni przebywa w rzeszowskim szpitalu. Fot. Wit Hadło
– I ja, i moi bliscy najedliśmy się strachu – przyznaje wychowanek Resovii, który od kilku dni przebywa w rzeszowskim szpitalu. Fot. Wit Hadło

PIŁKA NOŻNA. Pomocnik Karpat Krosno Bartosz Madeja szczerze o swojej chorobie.

29-letni pomocnik Karpat Krosno od kilku dni przebywa w rzeszowskim szpitalu, walcząc z niebezpiecznym zakażeniem organizmu.

– Jak się pan czuje?
– Coraz lepiej. Lekarze mówią, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, lecz ile to jeszcze potrwa – nie wiem. Na pewno jednak będę musiał zostać w szpitalu przez jakiś czas.

– To była sepsa?
– Niby tak, choć nie do końca. Na pewno pojawiła się bakteria, która dokonała zniszczenia w organizmie.

– Czym pana leczą?
– Antybiotykami. Dostaję kroplówki – do wyboru, do koloru. W poniedziałek zacząłem stawać na nogi. Temperatura spadła, wyniki i samopoczucie zaczęły się poprawiać.

– Opowie pan po kolei, co właściwie się stało?
– Graliśmy w Przeworsku ostatni w tym roku mecz o punkty. Wszedłem na boisko w drugiej połowie i zaledwie 10 minut później zawodnik Orła mnie sfaulował. Nic poważnego, lekka ryska na nodze od korków, nawet nie poczułem bólu. Nazajutrz, w poniedziałek, mieliśmy dzień wolny. Po siłowni, wieczorem, nagle zacząłem wymiotować. Pojawiły się biegunka i wysoka temperatura. Wydawało mi się jednak, że to zatrucie pokarmowe, więc zostałem w domu…

– Tymczasem sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli?
– Dokładnie. We wtorek zawitałem do dr Białka, który często pomaga sportowcom, a ten niezwłocznie skierował mnie do szpitala przy ul. Lwowskiej. Na izbie przyjęć z minuty na minutę mój stan się pogarszał, po serii badań powiedzieli, że muszę u nich zostać. Wiedziałem, iż to przez ten uraz z Przeworska, bo noga spuchła jak bania.

– Najadł się pan strachu.
– I ja, i moi bliscy. Czułem, że nie ma żartów, że mój stan jest poważny.

– A wszystko przez jedno małe zadrapanie. Nieprawdopodobne…
– Zgadza się, przypadek jeden na milion. Bakteria wprowadzona do organizmu razem z błotem znajdującym się na korku piłkarskiego buta. Tyle ma się różnych kontuzji, złamań nogi, ręki, zwichnięć. Ale moja historia jest wyjątkowa.

– Mógł pan zareagować szybciej?
– Nie mam do siebie pretensji, jeśli o to pan pyta. Lecz to zdarzenie powinno być potraktowane jak przestroga – dla mnie i dla innych zawodników – że nawet lekką ranę trzeba opatrywać bardziej skrupulatnie. Przyjrzeć się jej.

– Bardzo pan zmarniał w szpitalu?
– Schudłem 5 kilo, ale to normalne. Nie ma się czym przejmować. Idą święta, będzie okazja, by wrócić do dawnej wagi (śmiech).

– Dotarło do pana, jak wiele osób życzyło panu szybkiego powrotu do zdrowia, dodawało otuchy w tych trudnych chwilach?
– Czułem to wielkie wsparcie i korzystając z okazji, chciałbym wszystkim serdecznie podziękować. Bardzo mi pomogliście!

– Rodzice zawsze byli pana największymi kibicami. Ale czy teraz nie poproszą: synu, skończ z tą piłką?
– Jestem pewien, że nie. Piłka nożna to moja pasja, nie widzę powodów, dla których miałbym z niej rezygnować. Ta choroba to był przypadek.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

2 Responses to "– Przypadek jeden na milion"

Leave a Reply

Your email address will not be published.