Dajemy z siebie maksa, albo nic z tego nie będzie

- Po niefortunnym spadku do trzeciej ligi morale w zespole mocno podupadło. Były mecze, w których nic nam nie wychodziło - przyznaje ze smutkiem Piotr Prędota. Fot. Paweł Bialic
– Po niefortunnym spadku do trzeciej ligi morale w zespole mocno podupadło. Były mecze, w których nic nam nie wychodziło – przyznaje ze smutkiem Piotr Prędota. Fot. Paweł Bialic

III LIGA. Rozmowa z Piotrem Prędotą, napastnikiem Stali Rzeszów.

Piotr Prędota to najlepszy strzelec biało-niebieskich. W II lidze zdobył 16 goli, jesienią w trzeciej – 14. Nominowany przez Podkarpacki ZPN do nagrody dla Piłkarza Roku 2014.

– Jak minęły panu święta?
– Bardzo spokojnie, w Lublinie, gdzie mam całą rodzinę. Tradycyjnie były dwie wieczerze wigilijne i mnóstwo pysznego jedzenia. Porządziłem przy stole, nie ma co, więc teraz muszę spalić wszystkie zbędne kalorie. Inaczej zapłacę w klubie karę.

– Alkohol, słodycze…
– Łasuchem nie jestem, bez ciasta spokojnie mogę się obejść. Ale winkiem na święta nie gardzę (śmiech). Domowej produkcji, teść robi z winogron, amerykańskiej borówki i paru innych owoców.

– Rozumiem, że nie ma pan tendencji do tycia? Bo wie pan, metabolizm u 32-latka to jak silnik działający na niewielkich obrotach.
– Nie boję się, znam swój organizm. Spokojnie rozbiegam tych kilka świątecznych obiadów i kolacji. Mam rozpiskę od trenera, nie zginę (śmiech). Jestem sportowcem, wiem, że pewnej granicy przekroczyć mi nie wolno. Obserwuję zresztą coraz większą świadomość w temacie diety i prawidłowego odżywiania. Dziś piłkarze, w ogóle sportowcy, raczej trzymają dyscyplinę. Raz jeden, dawno temu, zdarzyło się, że wracając z jakiegoś meczu zatrzymaliśmy się w McDonald’sie.

– W kwestii świąt jest pan tradycjonalistą?
– Jak dla większości katolików, są ważne. Ale to nie to samo co dawniej, gdy niecierpliwie odliczałem dni do wigilii. Kiedyś święta spędziliśmy z żoną w Egipcie. Dziwnie się czułem, wylegując się na plaży, ale to było bardzo przyjemne doświadczenie. Może za jakiś czas to powtórzymy.

– Znajduje pan jeszcze pod choinką prezenty związany ze sportem?
– Od dawna są to całkiem inne rzeczy, praktyczne, np. koszule. Z sentymentem wspominam jednak czasy, gdy dostawało się piłkę albo korkotrampki. Takie klasyczne, guma plus materiał. Teraz jak ktoś ma kasę, może skompletować dzieciakowi cały strój Realu albo Barcelony, łącznie z butami w jakich grają Cristiano Ronaldo albo Messi.

– Wszyscy podsumowujemy rok 2014. Dla pana był całkiem dobry, dla pana klubu – nieudany. Co było większym rozczarowaniem, spadek do trzeciej ligi czy dopiero drugie miejsce na półmetku tych rozgrywek?
– Jedno z drugim się łączy, zanotowaliśmy efekt domina. Po niefortunnym spadku do trzeciej ligi morale w zespole mocno podupadło. Były mecze, w których nic nam nie wychodziło. Remisy u siebie, tracone w ostatnich sekundach bramki – niełatwo o tym mówić… Przecież mieliśmy świętować 70-lecie klubu.

– Kibice byli przekonani, że z takim składem zbudujecie solidną przewagę. Tymczasem musicie gonić Karpaty, odrabiać 8-punktową stratę.
– Dużo osób ma pretensje, że praktycznie drugoligowy skład nie dał rady wdrapać się na pierwsze miejsce w trzeciej lidze. I ja tych ludzi rozumiem. Latem byłem przekonany, że nie przegramy żadnego meczu! Strasznie się pomyliłem, to Karpaty zanotowały niesamowitą serię dziesięciu kolejnych zwycięstw. Denerwowało nas to. Graliśmy w kratkę, a oni punktowali i uciekali nam.

– Efekt jest taki, że już nie możecie się potknąć. A na „dzień dobry” mecz w Krośnie.
– Niezbyt szczęśliwie się to ułożyło. Pierwsze spotkanie po długiej zimowej przerwie to zawsze niewiadoma. Pytanie, kto trafi z formą. Jeśli mamy ścigać Karpaty, tego meczu nie możemy przegrać. Porażka nie oznaczać będzie końca świata, lecz sytuacja naprawdę się skomplikuje. Z drugiej strony, nie wierzę, że krośnianie ponownie zanotują tak imponującą serię. Wiosną wszystkie drużyny o coś walczą, jest trudniej, niż w pierwszej części sezonu.

– Resovia ma tyle samo punktów, co Stal, a gra juniorami.
– Wszyscy nam to wypominają, wkurza mnie to. I jeszcze te złośliwości, że zarabiamy dużo więcej od nich. Resovia to Resovia, niech sobie gra. Skoncentrujmy się na własnej drużynie.

– Po ostatnim meczu z Lublinianką w szatni było bardzo gorąco. Jak odbywa się gaszenie pożaru w Stali?
– Razem z paroma starszymi zawodnikami zwołaliśmy kiedyś spotkanie drużyny. Pogadaliśmy szczerze, każdy powiedział, co go boli. Kawa na ławę, tak jest najlepiej. Poprawiło się, ale potem znów coś się w naszej grze zacięło. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Każdy z nas, piłkarzy, powinien uderzyć się w pierś. Albo dajemy z siebie maksa, albo nic z tego nie będzie. I jeszcze jedno: prezes często powtarza, że Stal od zawsze wygrywa z czołówką, a z dołem tabeli sobie nie radzi. To jakieś fatum.

– Znów pojawiły się pytania o charakter drużyny. Całkiem uzasadnione biorąc pod uwagę, że wygraliście jeden z pięciu meczów z zespołami znajdującymi się w strefie spadkowej.
– No i co ja mam odpowiedzieć? Nie wiem, czy gdzieś tam podświadomie lekceważymy przeciwnika. Nie wydaje mi się… To już za nami. Trzeba wyciągnąć wnioski i nie popełniać więcej takich błędów.

– Kibiców nie interesuje, że w Dębicy czy Żółkiewce mieliście mnóstwo okazji, tylko piłka pechowo nie wpadła do siatki.
– 0-0 z Wisłoką biorę na siebie. Miałem sytuacje, źle się zachowałem. Skuteczność nie jest naszą najmocniejszą stroną, poza tym w wielu spotkaniach czułem taką bezradność, bezsilność. Przydałby się nam środkowy pomocnik. Ofensywnie nastawiony zawodnik umiejący podać, rozrzucić piłkę na skrzydła. To brakujący element w układance. Stal ma pod dostatkiem defensywnych pomocników, lecz kogoś kreatywnego w ofensywie, kogoś, kto wspierałby napastników – już nie. Trenerzy i działacze doskonale zdają sobie z tego sprawę, szukają, ale czy znajdą odpowiedniego piłkarza?

– Fani ochoczo krytykują, ale niezbyt chętnie pojawiają się na trybunach. Nie przeraża pana ten pusty stadion?
– Gdy wychodzimy na rozgrzewkę, śmiejemy się z chłopakami, że znów gramy sparing. Już w drugiej lidze szału nie było, po spadku frekwencja jeszcze zmalała. Przykre to bardzo, lecz co mogę zrobić? Mam krzyczeć: przychodźcie na nasze mecze tysiącami!?

– Sylwester za pasem. Gdzie pan przywita Nowy Rok?
– Idziemy z żoną na imprezę do fajnego hotelu. Dawno nie byliśmy na takich baletach.

– Lubi pan tańczyć?
– Oj, to nie moja bajka. Ale jakoś dam radę. Grunt, że pobawimy się w dobrym towarzystwie.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

6 Responses to "Dajemy z siebie maksa, albo nic z tego nie będzie"

Leave a Reply

Your email address will not be published.