
PIŁKA RĘCZNA. Trener PGE Stali Mielec Paweł Noch o szansach Polaków w mistrzostwach świata i pieniądzach psujących szczypiorniaka.
Piątkowym meczem z Niemcami polscy piłkarze ręczni rozpoczną w Katarze swoją przygodę z mistrzostwami świata. Nasz dotychczasowy dorobek to srebro (2007 r.) i dwa brązowe medale (1982 i 2009 r.).
– Polska przywiezie z Bliskiego Wschodu medal?
– Wszyscy byśmy tego chcieli, jesteśmy w grupie drużyn z szansami na podium, ale trudno powiedzieć, jak turniej się ułoży. Należę do tych, którzy tonują hurraoptymistyczne nastroje, bo lepiej być przyjemnie zaskoczonym, niż rozczarowanym. Ale dostrzegam też sporo pozytywów, najważniejsze, iż nasi kluczowi gracze są zdrowi i w niezłej dyspozycji.
– Mecz z mistrzami świata Hiszpanami na turnieju w Oviedo potwierdził, że w tej drużynie tkwią możliwości, ale też obnażył jej słabe punkty. Przy dynamicznej obronie mamy kłopoty w ataku, zaczynają się dziwne akcje, banalne pomyłki w rozegraniu.
– Proszę pana, w tym meczu nie grali Szmal, Jurkiewicz i Michał Jurecki, czyli ludzie tworzący kręgosłup reprezentacji. Tymczasem przez 45 minut toczyliśmy z mistrzami świata równą walkę. Nie przypominam sobie, żebyśmy w ostatnich latach tak bardzo postraszyli Hiszpanów.
– Polska druga linia należy do światowej czołówki, na kole też mamy kim straszyć. Ale na skrzydłach już tak dobrze nie jest.
– To nic nowego, od dawna w ten sposób funkcjonujemy. Mimo tych braków „Orłom Wenty” udało się zdobyć dwa medale mistrzostw świata. Czasem jeden dobry mecz potrafi zbudować zawodnika na cały turniej. Oby w Katarze takiej przemiany doświadczyli nasi skrzydłowi.
– Niby nie ma ludzi niezastąpionych, ale nie martwi pana, że nie widać następców Szmala, Bieleckiego, Lijewskiego czy braci Jureckich?
– Mam ogromne obawy, że zmiana pokoleniowa, jaka się dokonuje w kadrze, oznaczać będzie obniżenie poziomu. Nie mamy godnego zaplecza, no może poza bramką. Brak klasowych rozgrywających to problem całej polskiej piłki ręcznej. Niewielu młodych zawodników dostaje szansę w klubach Superligi, rzadko która reprezentacja wyjeżdża na mocno obsadzone imprezy międzynarodowe, gdzie mogłaby się uczyć od lepszych.
– Pana podopieczny Damian Krzysztofik znajdował się w szerokiej kadrze na MŚ, ale chyba nie robił sobie wielkich nadziei na wyjazd do Kataru?
– Tutaj sytuacja była klarowna. Ciężko było rywalizować z Bartoszem Jureckim i Kamilem Syprzakiem.
– Zaczynamy od meczu z Niemcami. Trzeba się bać?
– Do każdego należy podchodzić z szacunkiem, sport bardzo szybko uczy pokory. Jednak nasi zawodnicy doskonale wiedzą, jak mają się zachować. Spodziewam się ciężkiej przeprawy i wielu nerwowych chwil, mecze otwarcia przeważnie tak wyglądają. Wierzę jednak, że Polacy po raz kolejny udowodnią swoją wyższość nad zachodnimi sąsiadami.
– To będzie kluczowe spotkanie? Wiadomo, że na MŚ gra idzie nie tylko o wyjście z grupy, lecz także o dotarcie przynajmniej do ćwierćfinału gwarantującego prawo batalii o igrzyska w Rio.
– Wynik pojedynku z Niemcami o niczym jeszcze nie będzie decydował. W grupie mamy też Danię i Rosję. Nie rozumiem, dlaczego większość osób lekceważy „Sborną”. Przecież w ubiegłym roku męczyliśmy się z tą drużyną do ostatnich minut.
– Pan też był zniesmaczony, gdy Niemcom przyznano dziką kartę, ciągnąc ich za uszy na MŚ?
– Co mam odpowiedzieć? Pieniądze rządzą światem. Niemcy to najbogatsza liga i wpływowa federacja. Całe to zdarzenie chwalebne nie jest, ale skoro nie mamy na nie wpływu, to trzeba się z tym pogodzić. Ja się cieszę, że trafiliśmy do tej samej grupy. Będzie okazja, by raz jeszcze utrzeć Niemcom nosa.
– Przy zielonym stoliku załatwiono również miejsce Arabii Saudyjskiej i Islandii. W reprezentacji Kataru gwiazdami są naturalizowani zawodnicy z Bałkanów. Piłka ręczna zmierza chyba w złym kierunku?
– Już mówiłem: kasa. Niespecjalnie mi się podoba, że Katarczycy zatrudnili za wielkie pieniądze trenera z Hiszpanii, ten wskazał kilku europejskich graczy pasujących mu do koncepcji i nagle jest drużyna na turniej. To chyba pierwszy taki przypadek w historii szczypiorniaka, gdzie naturalizowano zawodników.
– Marcin Lijewski, który wziął udział w azjatyckiej Lidze Mistrzów, opowiadał, w jaki sposób Katarczycy zapełniają hale. Zwożą autokarami hinduskich i pakistańskich robotników, ubierają ich w koszulki, a potem dyrygują, w którym momencie mają bić brawo. To już nawet nie śmieszne, a przerażające…
– Inna mentalność, inne zainteresowanie sportem niż w Europie, do tego nieograniczone możliwości finansowe. Nie wiem, jak jest w katarskich halach. Podejrzewam jednak, że w Polsce atmosfera na trybunach jest dużo lepsza.
– Mam wielu znajomych, którzy nie znają się na piłce ręcznej, ale przy okazji wielkich turniejów nie opuszczają żadnego meczu Polaków. Jak pan myśli, dlaczego?
– Kadra działa jak magnes. Dzięki telewizji publicznej mamy łatwy dostęp do spotkań Polaków. Jeszcze 10 lat temu piłka ręczna była w naszym kraju dyscypliną zaściankową. Sukcesy drużyny prowadzonej przez Bogdana Wentę wpłynęły jednak na wzrost zainteresowania.
– Jest jeszcze coś: gdy grają Polacy, zawsze są emocje i nerwowe obgryzanie paznokci.
– To prawda. Oglądając biało-czerwonych jednego możemy być pewni: walki do końca.
– Kto zostanie mistrzem świata?
– Drużyna mająca najskuteczniejszego bramkarza. Od lat kibicuję Francuzom, jestem zachwycony tym, jak pracują w defensywie.
Rozmawiał Tomasz Szeliga


