Zawsze spadam na cztery łapy

Rafał Ulatowski był piłkarzem Łódzkiego Klubu Sportowego, Bałtyku Gdynia oraz amatorskich klubów islandzkich. Większą karierę zrobił jako trener. Pracował w ekstraklasie w Zagłębiu Lubin, GKS Bełchatów, Cracovii i Lechii Gdańsk. Ostatnim jego klubem była I-ligowa Miedź Legnica jesienią 2013 roku. W latach 2008-09 asystent Leo Beenhakkera w reprezentacji Polski. Pracował też jako komentator TVP podczas mistrzostw Europy 2002 i mistrzostw świata w Brazylii 2014. Fot. Wit Hadło
Rafał Ulatowski był piłkarzem Łódzkiego Klubu Sportowego, Bałtyku Gdynia oraz amatorskich klubów islandzkich. Większą karierę zrobił jako trener. Pracował w ekstraklasie w Zagłębiu Lubin, GKS Bełchatów, Cracovii i Lechii Gdańsk. Ostatnim jego klubem była I-ligowa Miedź Legnica jesienią 2013 roku. W latach 2008-09 asystent Leo Beenhakkera w reprezentacji Polski. Pracował też jako komentator TVP podczas mistrzostw Europy 2002 i mistrzostw świata w Brazylii 2014. Fot. Wit Hadło

PIŁKA NOŻNA. Rozmowa z trenerem Rafałem Ulatowskim, w latach 2008-09 asystentem Leo Beenhakkera w reprezentacji Polski.

W czwartek w Rzeszowie gościł Rafał Ulatowski. 42-letni znany szkoleniowiec przyjechał na zaproszenie Szkoły Mistrzostwa Sportowego Resovia. Przeprowadził zajęcia z juniorami „pasiaków”, a potem dzielił się wrażeniami z mistrzostw świata w Brazylii, które komentował dla TVP. Na koniec poprowadził wykład dla trenerów „Jak atakować i bronić w nowoczesnej piłce nożnej”. – Aktualnie nie pracuję w żadnym klubie, więc udzielam się jako trener-edukator. Chętnie przyjąłem zaproszenie Resovii. Mam nadzieję, że jej młodzi zawodnicy wezmą sobie do serca radę, że warto się w życiu poświęcić, by zostać piłkarzem – podkreślał dawny asystent Leo Beenhakkera.

– To pana pierwsza wizyta w Rzeszowie?
– Pierwsza. Z uwagi na fakt, iż wielka piłka na Podkarpaciu dopiero się pojawi, nie miałem potrzeby odwiedzania tych stron. Choć przed rokiem uczestniczyłem w Krośnie w bardzo ciekawej kursokonferencji trenerskiej. Z Waszym regionem nie mam jednak żadnych związków.

– Poza takim, że jest pan ełkaesiakiem z krwi i kości.
– No tak. Wiem, że kibice Resovii i ŁKS-u przyjaźnią się.

– Dlaczego nie zrobił pan kariery i tak szybko zawiesił buty na kołku?
– Zabrakło mi charakteru. Piłka się zmieniała, stawała się bardziej siłowa, a ja byłem z tych drobnych, technicznych środkowych pomocników. Wyjechałem na studia do Gdańska, zamierzałem kontynuować karierę w Lechii albo Bałtyku Gdynia, lecz nie wyszło. Raz, że studia, dwa – zauważyłem, że więcej radości i pożytku będę miał z bycia trenerem. Aczkolwiek z perspektywy czasu uważam, iż powinienem wtedy mocniej przycisnąć. Co nie znaczy, że żałuję.

– Co taki kieszkonkowy pomocnik robił w lidze islandzkiej?
– Skorzystałem z oferty i zostałem grającym trenerem trzecioligowego klubu w Reykjaviku. Na początku czułem się jak na korcie tenisowym. Stałem na środku boiska i tylko patrzyłem, jak piłka przelatuje z jednej strony boiska na drugą. Obrońcy kopali prosto do napastników. Dziś gra się tam zupełnie inaczej.

– Na pewno nie zmieniła się pogoda, która bywa utrapieniem piłkarzy.
– Cóż, pamiętam mecz, w którym przez 45 minut nie przeszliśmy na połowę przeciwnika, bo tak strasznie wiało. Nasz bramkarz szybko się zorientował, czym to grozi, więc wznawiał grę, kopiąc piłkę w stronę autu. Rywale wykonywali wtedy mnóstwo rzutów rożnych (śmiech). Co ciekawe, Islandczycy poradzili sobie z kapryśną aurą. Wybudowali boiska pod balonami i teraz można grać przez cały rok. Przebywałem na Islandii, zanim wyspiarze wprowadzili reformę systemu szkolenia, zanim zaczęli edukować trenerów i zmieniać infrastrukturę. Udało im się, bo w krótkim czasie z kopciuszka wywindowali się na 33. miejsce w rankingu FIFA, wyprzedzając m.in. Polskę.

– Dlaczego po 5 latach wrócił pan do kraju?
– Właśnie przez pogodę. Wiatr, od którego nieustannie bolą uszy, przenikliwe zimno, deszcz padający przez 250 dni w roku, brak słońca. Mam dzieci na Islandii, więc zawsze miło tam wrócić. Ale kilkutygodniowy pobyt to nie to samo, co życie tam.

– Jeździł pan na staże do znanych angielskich klubów. Jak wiele z tamtego systemu da się przenieść na polski grunt.
– Jestem zakochany w angielskim futbolu. Będąc niedoświadczonym trenerem wydawało mi się, że wystarczy skopiować to, co tak dobrze funkcjonuje na Wyspach. Dziś wiem, iż to niemożliwe. Polska to Polska. Mamy swój model szkolenia, swoją młodzież.

– Praca u boku Leo Beenhakkera to pana najwspanialsze doświadczenie?
– Bez dwóch zdań. Leo otworzył mi oczy, pokazał, na czym polega nowoczesny futbol. Żyjemy w epoce Pepa Guardioli, ale na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia Beenhakker trzykrotnie z rzędu zostawał mistrzem Hiszpanii z Realem Madryt. Pracował w zespole z Hugo Sanchezem, Emilio Butragueno, Berndem Schusterem, Michelem – gwiazdami światowego formatu. Leo miał charyzmę, czuć ją było zwłaszcza w trudnych momentach. Obserwowałem go i uczyłem się. Miałem wielkie szczęście, zdawałem sobie sprawę, że tego nie wyczytam w żadnej książce.

– Nie umieliśmy docenić, że mamy Beenhakkera?
– Nadszedł moment, gdy obie strony były zmęczone współpracą. Leo w końcówce eliminacji do mundialu w RPA nie był tym Leo, który przejmował reprezentację. Beenhakker jak każdy Holender, lubi mieć władzę absolutną. Ona się skończyła, gdy prezesem PZPN został Grzegorz Lato i pojawiły się naciski z wydziału szkolenia, m.in. ze strony Antoniego Piechniczka. Leo czuł się osaczony. Ta historia kończy się smutno, bo bez względu na wszystko, forma rozstania z człowiekiem takiego formatu powinna być właściwsza.

– To wtedy, za rządów Holendra, otrzymał pan przydomek „Złoty chłopiec”?
– Zaraz będzie o tym, że mi nie wyszło? Ludzie wypominają mi Cracovię, a nie pamiętają, że z Bełchatowem trzykrotnie zajmowałem w ekstraklasie piąte miejsce. Że wygraliśmy sześć kolejnych spotkań bez straty bramki.

– Tęskni pan za ekstraklasą, za pracą w klubie?
– Tęsknię za szatnią, za piłkarzami. Brakuje mi adrenaliny. Dziś nie ma znaczenia, czy wstanę o 6 czy 8. Dla faceta, który wcześniej przez 10 lat żył futbolem, to trudna sytuacja. Jechałem na urlop, ale telefon dzwonił. Teraz mało kto się odezwie. Wywiadów też już prawie nie udzielam, dlatego jestem zaskoczony, że pan się pofatygował (uśmiech).

– A ja jestem zaskoczony, iż tak wykształcony, doświadczony i elokwentny trener znajduje się na peryferiach piłki nożnej. Ekstraklasa to rzeczywiście tak wysokie progi?
– Trzeba mieć szczęście, żeby trafić na odpowiedniego właściciela klubu. Lubię mieć spokój wokół siebie i najlepiej pracowało mi się w Zagłębiu Lubin i GKS Bełchatów. Tam sponsorem są spółki Skarbu Państwa, raz na jakiś czas zbiera się Rada Nadzorcza, ale w codziennej pracy trener posiada swobodę działania. Nie jak w klubie prywatnym, gdzie właściciel ingeruje w skład drużyny. Być może już nie doczekam czasów, że trener ma wolność w podejmowaniu decyzji.

– Gdyby nie ci biznesmeni-pasjonaci, polska piłka klubowa miałaby problem.
– Zgadza się. Szanuję każdego, kto inwestuje w klub własne pieniądze. Jednak to, że Cracovia, Lechia czy Miedź Legnica niezależnie od tego, czy pracuje tam Ulatowski czy ktoś inny, nie odnoszą sukcesów, skłania do postawienia pytania, czy te kluby nie powinny być inaczej zorganizowane.

– Porozmawiajmy o mistrzostwach świata w Brazylii…
– Przygoda mojego życia. Byłem na największych stadionach, obserwowałem z bliska treningi, oddychałem tym samym powietrzem, co najlepsi trenerzy. Przyjaźnię się z Frankiem Hoekiem, trenerem holenderskich bramkarzy. Dzięki niemu mogłem pić kawkę i dyskutować z Luisem van Gaalem. „Pomarańczowi” grali jak z nut i ich selekcjoner był w wyśmienitym nastroju.

– Nie okradli tam pana?
– Nie nosiłem portfela w tylnej kieszeni spodni to i nie okradli. Bądźmy poważni. Brazylia jest cywilizowanym krajem, a opowieści o niebezpieczeństwach czyhających na każdym rogu to stereotyp. Taki sam jak ten, że w Polsce na ulicy spotkać można białe niedźwiedzie.

– Brazylijskie dziewczyny w rzeczywistości też nie są takie urodziwe?
– Zależy, czy lubi pan szerokie biodra.

– Spędził pan miło czas na Copacabanie, najsłynniejszej plaży świata?
– Warunki nie pozwalały, bo akurat strasznie wiało. Ale popływaliśmy w oceanie, gdy byliśmy w Fortalezie.

– Legendarna brazylijska bieda to również stereotyp?
– To akurat bardzo przykra sprawa. Ciężko pogodzić się z tym, że ludzie śpią na ulicy w kartonach. W Polsce są noclegownie, działa Stowarzyszenie Brata Alberta. Brazylia to nie tylko wielki kraj, ale i ogromne różnice społeczne. Oprócz nędzy widzieliśmy zamożne dzielnice.

– Komentował pan mundial, a dwa lata wcześniej Euro w Polsce i na Ukrainie.
– Nie spodziewałem się tego. W tych moich trenerskich perypetiach mam jednak szczęście i zawsze spadam na cztery łapy (śmiech). Świetnie dogadywałem się z Jackiem Laskowskim, przez 50 dni przebywania ze sobą ani razu nie „zgrzytnęło”.

– Wróćmy jeszcze do polskiej ligi. 17-letni Krystian Bielik, bohater zimowego okna transferowego, to faktycznie tak wielki talent?
– Co mogę powiedzieć? Chłopak zagrał raptem trzy mecze w ekstraklasie. Chciał go jednak sam Arsene Wenger, więc może jest wart tych pieniędzy. Na jego przenosiny spoglądam właśnie przez pryzmat pieniędzy. Bielik to wychowanek Lecha. Poznaniacy otrzymali od Legii 50 tysięcy zł z tytułu wyszkolenia zawodnika, a kilkanaście miesięcy później warszawiacy sprzedali go do Arsenalu za 10 mln zł. Może się zdarzyć, że śladem Legii podążą inni. To przecież doskonały biznes.

– W Arsenalu głośno było ostatnio o innym naszym rodaku, Wojciechu Szczęsnym. Pan miał kiedyś w drużynie palaczy?
– Nawet dwa razy przeżyłem podobną sytuację. Co ciekawe, w rolach głównych też wystąpili bramkarze. Palili papierosy w szatni, po przegranych meczach. Gdybym wtedy zareagował nerwowo, tylko podgrzałbym atmosferę.

– Pan pali?
– Nie, ale wyczuwam (śmiech).

– Polska zagra w mistrzostwach Europy we Francji?
– Głęboko w to wierzę, bo podoba mi się styl pracy Adama Nawałki. Jego upór i konsekwencja. Nie ma przypadku w tym, że piłkarze bezgranicznie mu ufają.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

Leave a Reply

Your email address will not be published.