Kiedyś, za PRL-u, opowiadano sobie taki dowcip, w którym robotnicy stachanowcy z pustymi taczkami po placu budowy biegali, bo tak „zarobieni” byli, że czasu owych taczek załadować nie mieli. Teraz na ogół robotnicy mają czas taczki załadować, bo od efektywności ich pracy zależy ich byt, a nie od wrażenia, jakie robią. No, ale zostawmy tych robotników, bo warto przyjrzeć się innym personom, szczególnie tym opłacanym sowicie z naszych podatków.
Na przykład tacy szefowie spółek miejskich w Przemyślu: „zarobieni” są na ogół tak, że szaremu człowiekowi trudno się z takim prezesem czy dyrektorem umówić! Bo czasu przecież taka persona nie ma. Otóż okazuje się, że ma! I to ma za dużo wolnego czasu w godzinach pracy. Skąd to wiadomo? Ano stąd, że pracodawca tychże person, prezydent miasta stara się im usilnie czymś ów wolny czas zapełnić i „zaprasza”, a najpewniej raczej wzywa owo towarzystwo na sesję, ostatnio bardzo ważną, bo wszak budżetową.
Bardzo to chwalebne, tylko jest jedno proste pytanie: po co ci ludzie siedzą bezproduktywnie kilka godzin na sesji? Bo, że bezproduktywnie, to mięliśmy okazję widzieć. Bezustanne „tłuczenie” w telefon komórkowy, czytanie gazet, rozmowy telefoniczne i z siedzącym po sąsiedzku prezesem, ewentualnie „odpłyniecie” myślami gdzieś daleko, co zaraz widać po błędnym wzroku – to były główne zajęcia szefów spółek miejskich i jednostek miastu podległych na tej sesji. Trudno się ludziom dziwić, bo odczytywane protokoły i długaśne przemówienia radnych, nierzadko o niczym, do interesujących nie należały. A kazał ludziom szef przyjść, to przyszli. Fizycznie obecni byli, zrobili, co im kazano. Tylko ponownie: po co?
Czy naprawdę ci ludzie, którzy za prezesowanie czy dyrektorowanie w miejskiej spółce biorą ciężkie pieniądze, nie mają nic innego do roboty? Sadząc z ich deklaracji „zarobienia”, to właśnie mają! To jaki sens ma „ściąganie” ich na sesję, ważną co prawda, ale taką, z której i tak nic nie wiedzą, bo nie skupiali się na tym, o czym była mowa? Tłum mieli robić, czy jak?
Jeśli do takich „obowiązków” jak obecność na ostatniej sesji tych państwa dołożyć jeszcze uczestnictwo w najróżniejszych uroczystościach, takich jak składanie gdzieś wieńca, albo opłatek tu i ówdzie, to nic dziwnego, że ci ludzie nie potrafią się z pracą wyrobić. Bo i kiedy?
No, ale zapewne zaraz padnie argument, że wszak powinni wiedzieć, co dla ich spółek w budżecie przygotował pan prezydent, a przegłosowała rada. Powinni, a jakże. Tylko żeby to wiedzieli, wystarczyło każdemu z nich wysłać pismo zawierające informacje dotyczące ich „działki” i koniec. Z tym na pewno poradziłaby sobie niemała Kancelaria Prezydenta. Przeczytanie takiego pisma zajęłoby zaledwie parę minut cennego czasu tych „zarobionych” person, zamiast kliku dobrych godzin, po których i tak nic nie wiedzieli, bo i jak mieli wiedzieć, skoro zajmowali się czymś zgoła innym.
Od początku tej kadencji pan prezydent mówi o konieczności zmian i o nowej jakości w zarządzaniu miastem. Może więc nie od rzeczy jest zacząć od likwidacji zjawiska „pustych taczek”? W końcu czas pracy wspomnianych szefów miejskich spółek jest, sadząc po ich poborach, bardzo cenny! Czy należy go przeznaczać na czynności mające na celu zabijanie nudy? Może gdy te osoby nie będą musiały zaliczać tyle „nasiadówek”, uroczystości i bezsensownych spotkań w godzinach pracy, to znajdą wreszcie ten czas, którego im na pracę i spotkania z ludźmi brakuje…
Redaktor Monika Kamińska



4 Responses to "„Zarobieni” szefowie miejskich spółek"