
PIŁKA RĘCZNA. Kto pociąga za sznurki, czyli kulisy najbardziej wystawnego mundialu w dziejach.
Srebrny medal mundialu wywalczony przez katarskich najemników być może zjednoczy Europę w walce z patologią spod znaku szejków. Zanim obrońcy sportowych ideałów zetrą się z potęgą petrodolarów, warto się dowiedzieć, z czym mamy do czynienia.
Katar to państewko mniejsze niż województwo podkarpackie. W takim samym stopniu zaludnione i… na tym porównania się kończą. Kraj nad Zatoką Perską zamieszkuje najbogatsze społeczeństwo świata. Roczny dochód Katarczyka wynosi ok. 140 tysięcy dolarów (500 tysięcy zł). Bezrobocie praktycznie nie istnieje, tubylcy nie płacą podatków, składek na ubezpieczenie ani służbę zdrowia. Jednak dostęp do raju, podobnie jak w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, posiada tylko 200 tysięcy obywateli emiratu. Zachodni specjaliści od wydobycia gazu i prowadzenia hoteli też mają w Katarze jak u Pana Boga za piecem. Z kolei dla wielu przybyszów z Pakistanu, Sri Lanki i Indii ten kraj to piekło na ziemi. Rafał Stec z „Gazety Wyborczej” posłużył się danymi Global Slavery Index, który alarmuje, iż z łamaniem praw człowieka na większą skalę mamy do czynienia jedynie na Haiti, w Uzbekistanie i Mauretanii. – 1,7 mln okrutnie traktowanych imigrantów obsługuje w Katarze 300 tysięcy lokalnych paniczów – podkreśla Stec.
Jeszcze 60 lat temu Katar był pustynnym krajem poławiaczy pereł i rybaków. Potem odkryto ogromne złoża ropy naftowej i jeszcze większe gazu ziemnego. Katar to dziś lider światowego rynku skroplonego gazu (LNG), a pod względem swobód obyczajowych jest tak samo restrykcyjny jak Arabia Saudyjska (wahabicka szkoła islamu; za alkohol, prostytucję i homoseksualizm wtrąca się tam do więzień). Ta monarchia absolutna pod rządami emira Hamada Al–Saniego zaczęła podbijać świat sportu. Mundial w piłce ręcznej dostarczył kolejnego dowodu, iż odbywa się to wedle zasady: po trupach do celu.
Nie tylko Polacy zostali skrzywdzeni przez sędziów, grając na turnieju przeciwko Katarowi. Gazeta.pl opublikowała tekst norweskiego komentatora piłki ręcznej Stiga Nygarda. Po jego przeczytaniu, włos się jeży na głowie. – Nie było przypadku, że w strefie pucharowej sędziami w meczach gospodarzy byli Chorwaci, Macedończycy i Serbowie. Nic do tych krajów nie mam, ale z doświadczenia wiem, że grając z drużyną bałkańską, trzeba mieć 10 bramek przewagi przed rewanżem, aby awansować do dalszej rundy – pisze Nygard. A potem kreśli sylwetkę delegata światowej federacji Dragana Nacevskiego, który m.in. zawiesił na pół roku lekarza polskiej kadry Rafała Markowskiego. – Jest na świecie niewielu sędziów, wokół których krąży więcej kontrowersji, niż nad Macedończykiem – kontynuuje norweski dziennikarz. Dragan jest dziś szefem europejskiej federacji sędziów, a jego syn Georgij – to chyba oczywiste – arbitrem. Junior Nacevski prowadził spotkanie Katar – Niemcy. Wiadomo, kto wygrał i kto miał pretensje do pracy panów z gwizdkiem.
Nygard nie ma wątpliwości: – Nic w piłce ręcznej nie dzieje się bez aprobaty prezydenta IHF Hassana Moustafy. A ten uważa, że dzieje się dobrze, wszak sukces odnosi kraj spoza Europy.
Z tekstu wyłania się parszywy obraz ręcznego sterowania dyscypliną. – Międzynarodowa federacja zmieniła statut tak, że mogła wyrzucić z turnieju, kogo chciała, pod pretekstem, iż nie spełnia kryterium jakości. Zatem w miejsce biednej Australii wstawiono Niemców, które są największym marketingowym rynkiem dla piłki ręcznej.
Europa próbuje ograniczyć władzę absolutną Moustafy, ale wygra tylko wtedy, gdy będzie zjednoczona. Jak pisze Nygard, za Moustafą stoją bowiem wielkie pieniądze niejakiego Ahmada Fahada al-Ahmada. To szejk z Kuwejtu, członek azjatyckiej rady MKOl, jedna z najbardziej wpływowych osób w sporcie.
tsz


