Pracuś wagi ciężkiej

Trener Sebastian Maczuga i walczący w najcięższej kategorii Kamil Kościółek (z prawej) nawiązują do bogatych tradycji zapasów w Stali Rzeszów. Fot. Paweł Bialic
Trener Sebastian Maczuga i walczący w najcięższej kategorii Kamil Kościółek (z prawej) nawiązują do bogatych tradycji zapasów w Stali Rzeszów. Fot. Paweł Bialic

ZAPASY. Kamil Kościółek może być pierwszym zawodnikiem, który nawiąże do bogatych tradycji Stali Rzeszów.

– Kamila razem z jego młodszym bratem na zajęcia przyprowadził ojciec. Oznajmił: mają ćwiczyć, żadnej taryfy ulgowej! – wspomina trener Sebastian Maczuga. – Od tamtej pory, a upłynęło sześć lat, chłopaków nie było w hali tylko wtedy, gdy chorowali.

Urodzony w 1996 roku Kamil Kościółek to mistrz Polski i brązowy medalista mistrzostw świata juniorów oraz największa nadzieja odradzających się rzeszowskich zapasów na igrzyska olimpijskie. – Może jeszcze nie Rio de Janeiro, choć kto wie – uśmiecha się trener Maczuga. Sam Kamil tak daleko w przyszłość nie wybiega. Ale historię rzeszowskich zapasów zna. – Adam Sandurski był naszym sąsiadem, tata przyjaźnił się też z innymi wybitnymi zapaśnikami Stali. Pewnie, że chciałbym nawiązać do tych pięknych tradycji – mówi.

Zapaśnicy przez lata byli chlubą rzeszowskiej Stali. 18 tytułów mistrza Polski, indywidualnie 155 medali, niemal 60 z najcenniejszego kruszcu, 20 krążków wywalczonych podczas mistrzostw świata i Europy. No i plejada olimpijczyków: Ryszard Długosz, Stanisław Makowiecki, Jan Falandys, Aleksander Cichoń, Adam Sandurski, Jerzy Nieć i Stanisław Szostecki. Ten ostatni, pochodzący z Sokołowa Małopolskiego zapaśnik wagi piórkowej, startował na igrzyskach w Barcelonie. Zatem mijają właśnie 23 lata, odkąd ostatni stalowiec walczył o olimpijskie laury.

Ścian nie przebijają
Zapasy w Stali uprawia dziś 60 młodych zawodników. Sebastianowi Maczudze trafił się istny diament. – Kamil to wielki pracuś – chwali ważącego 110 kg nastolatka trener. Szybko dodaje, że pozostali chłopcy równie sumiennie podchodzą do swoich obowiązków. – Młodzież się zmienia. Za moich czasów jak jeździliśmy na zawody, to chodziło o to, żeby przy okazji rozwalić w hotelu jakąś szafkę. Teraz pełna kultura, co jest ogromną zasługą atmosfery panującej w sekcji. Byliśmy nad morzem na obozie. Pani w recepcji pyta się, co dosypuję chłopakom do jedzenia, że oni tacy spokojni. Ale jak dwa razy dziennie zasuwają na treningu, to wieczorem nie mają siły dziurawić ścian w pokojach.

– Na początku kręciłem nosem. Po treningach miałem takie zakwasy, że chodzić nie mogłem. Lecz tata był uparty, nie odpuszczał, motywował. W końcu złapałem bakcyla – wspomina Kamil.

Maczuga, podobnie jak Kościółek, zapowiadał się na niezłego zapaśnika. Pierwszy medal mistrzostw Polski wywalczył w barwach Stali Rzeszów, potem przeniósł się do Kraśnika, a stamtąd do Namysłowa. Uczestniczył w mistrzostwach świata i Europy, ale nabawił się paskudnej kontuzji. – Goleń, rzepka, całe wiązanie opadło. O dalszych startach trzeba było zapomnieć – kręci głową. – Wróciłem do Rzeszowa, zacząłem pomagać trenerowi Andrzejowi Siucie, dzieciaków było zdecydowanie mniej niż teraz.

Kamil zna tę historię i może dlatego – pytany, czego mu życzyć – odpowiada bez wahania: zdrowia!

Trzeba się poświęcić
Kamil, oprócz pracowitości, posiada jeszcze jedną szalenie istotną cechę charakteru. Można ją nazwać sportową złością. – Przegrana motywuje mnie do jeszcze większej harówki – przyznaje. Rozmawiamy po porannym treningu. Czasu nie ma wiele, bo Kamil pędzi na drugą stronę ulicy, do szkoły. Po obiedzie czekają go drugie zajęcia. – Nie mam się kiedy nudzić. Raz na jakiś czas wyskoczę w sobotę z kolegami na imprezę, ale wiadomo, że i tak nie poszaleję. Zapasy wymagają poświęceń. Co mi się w nich najbardziej podoba? Chyba to, że rozwijają wszystkie partie ciała. Człowiek zyskuje siłę, kondycję i wytrzymałość. No i dzięki nim mogę zwiedzić kawał świata. Gdyby nie zapasy, nie byłbym w Hiszpanii czy Czarnogórze. Specjalna dieta? Przed zawodami jem zdrowo, pilnuję, by potrawy były lekkostrawne. A normalnie to wcinam wszystko jak leci. Walczę w końcu w ciężkiej wadze – przypomina zapaśnik Stali.

Kościółkowie mieszkają w Budziwoju, niedaleko Rzeszowa. – Wokół domu zawsze jest coś do roboty. Lubimy zwierzęta, razem z bratem chowamy kilka królików. Mamy frajdę, obserwując jak hasają po ogrodzie – śmieje się Kamil. Za niespełna miesiąc będzie bronił tytułu mistrza Polski juniorów w turnieju, który odbędzie się w hali Rzeszowskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. – To bardzo ważna dla nas impreza. Ale Kamil ma duże szanse, żeby w tym roku polecieć do Brazylii na mistrzostwa świata juniorów – uważa jego trener.

Zarośnięta klata nastolatka
Kamil to pierwszy od 40 lat Polak z medalem MŚ juniorów. W Zagrzebiu wywalczył wprawdzie piąte miejsce, ale pół roku później napłynęła wiadomość, iż Gruzin Geno Petraszwili był na „koksie” i rzeszowianin mógł odebrać brązowy medal. Trener Maczuga przekonuje jednak, że największe zło zapasów to nie doping, lecz fałszowanie roczników w młodych kategoriach wiekowych. – Moje chłopaki wychodzą do gościa z zarośniętą klatą i zgolonym zarostem na twarzy, tak ostrym, że przeciera skórę. Ciężko uwierzyć, że ów delikwent ma 17 lat – ironizuje trener. – Jak dostaliśmy informację, iż zdyskwalifikowali Gruzina, to się zastanawiałem, czy dlatego, że mógłby być Kamila ojcem, czy dlatego, że coś wziął. Albo taka historia: jesteśmy na zawodach w Teresinie, gdzie startują dwa roczniki, a ja widzę zawodnika, który jest tam po raz czwarty. Tylko teraz walczy dla Białorusi, a wcześniej był Litwinem. W oszukiwaniu prym wiodą państwa dawnego bloku wschodniego oraz republiki kaukaskie. To nie przypadek, że Polacy zdobywają medale głównie w małych kategoriach, gdzie trudniej znaleźć 30-letniego faceta ważącego 42 kg.

Zapasy mają przed sobą długą drogę. Również w Polsce, gdzie mimo bogatych tradycji, zepchnięte zostały do roli dyscypliny niszowej. – Nie ma cię w mediach, nie istniejesz. W rzeczywistości nie wygląda to aż tak dramatycznie – przekonuje Maczuga. – Trzysta dzieciaków na poślednich zawodach krajowych to chyba całkiem dużo? Zapasy podążają ścieżką MMA, niebawem charakterystyczne stroje zamienimy w obcisłe koszulki, na których będzie można umieszczać loga sponsorów. Jak wszędzie, chodzi o to, żeby zarabiać.

Tomasz Szeliga

Leave a Reply

Your email address will not be published.