„Wojskowi” zdobyli twierdzę (ZDJĘCIA)

Mimo walki do upadłego, łańcuccy koszykarze musieli w sobotę przełknąć gorycz pierwszej w tym sezonie porażki we własnej hali. Fot. Wit Hadło
Mimo walki do upadłego, łańcuccy koszykarze musieli w sobotę przełknąć gorycz pierwszej w tym sezonie porażki we własnej hali. Fot. Wit Hadło

KOSZYKÓWKA. I LIGA. Sokół Łańcut przegrał we własnej hali po raz pierwszy od blisko roku.

Legia Warszawa, nie bez wydatnej pomocy sędziów (!) w decydujących o losach meczu akcjach, jako pierwsza w tym sezonie wygrała w Łańcucie. – Mały niedosyt jest, ale na pewno w szatni pochwalę zawodników za determinację, walkę i za to, co włożyli w to spotkanie – mówił po meczu Dariusz Kaszowski, trener Sokoła.

Po raz ostatni gracze z Łańcuta przegrali we własnej hali 13 kwietnia ubiegłego roku w ćwierćfinałowym spotkaniu z Polfarmeksem Kutno. Aż do minionej soboty twierdza Łańcut miała się dobrze. Padła dopiero pod naporem Legii Warszawa, które w decydujących momentach pomogli sędziowie, podejmują mocno kontrowersyjne decyzje. Największą z nich był „faul z kapelusza” odgwizdany Tomaszowi Pisarczykowi na 18 sekund przed końcową syreną, przy stanie 72:75. W 99 przypadkach na 100 arbitrzy w tej sytuacji nie użyliby gwizdków. W Łańcucie było jednak inaczej. – Cóż mogę na to poradzić – rozkładał po meczu bezradnie ręce trener Dariusz Kaszowski, który po końcowej syrenie bardzo długo dyskutował jeszcze z arbitrami. Później na spokojnie dodał: – Nie możemy mieć pretensji tylko i wyłącznie do sędziów. Trzeba także zastanowić się na tym, co my zrobiliśmy złego w tym meczu.

Gdyby był Szpyrka i Kulikowski…
A tego złego, mimo ambitnej postawy graczy Sokoła, trochę się nazbierało. Pierwszym grzechem Sokoła była fatalna skuteczność w rzutach za 3 punktów przed przerwą (2/15). – To nie było tak, że rzucaliśmy na siłę, gdzieś przez ręce. Były to akcje przygotowane, jednak tym razem nie chciało wpadać i w końcówce brakło tych punktów. To jednak nie była jedyna przyczyna naszej porażki. W końcówce meczu rywale zebrali nam za dużo piłek, dzięki czemu mogli ponawiać akcje – analizował przyczyny porażki trener Kaszowski. W poczynaniach jego drużyny jak na dłoni było widać brak kontuzjowanego Karola Szpyrki (tydzień temu przeszedł zabieg artroskopii stawu biodrowego – przyp. red.) i Rafała Kulikowskiego. – Gra bez podstawowego rozgrywającego i pierwszego wysokiego gracza rozbiłaby każdy zespół. Mimo takiego osłabienia, przy odrobinie szczęścia mogliśmy wygrać ten mecz. Karol już w tym sezonie nie zagra. Jesteśmy z nim i mamy nadzieję, że szybko wróci do zdrowia. Zastanawiałem się, jak będzie wyglądała nasza gra bez Karola, bowiem nasi dwaj pozostali rozgrywający muszą mieć trochę czasu, aby odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Rafał z kolei ma naciągnięty miesień łydki. Nie chcieliśmy ryzykować, bowiem w przypadku pogłębienia się kontuzji, miałby również sezon z głowy – wyjaśniał trener Kaszowski. – Mecz przegraliśmy w obronie, bowiem nie często we własnej hali tracimy aż 78 punktów. Zdaję sobie sprawę, że w najbliższych meczach to właśnie na mnie i na Marcinie będzie spoczywał ciężar rozgrywania akcji. Bardzo szkoda, że w decydujących meczach nie będzie z nami Karola, bo był bardzo ważnym punktem zespołu. Musimy sobie jakoś bez niego poradzić. Innego wyjścia nie mamy – przekonuje Dawid Bręk, który do spółki z Marcinem Pławucki dyrygował poczynaniami Sokoła.

Trybański nie taki wielki
Oczy łańcuckich kibiców, którzy kolejny raz w tym sezonie w nadkomplecie wypełnili halę, zwrócone były m.in. na Cezarego Trybańskiego. Pierwszy polski zawodnik w NBA przed tym sezonem wrócił do macierzystego klubu i podpisał z nim 2-letni kontrakt. Mecze w Łańcucie pokazał, że Trybański, mimo swoich 217 cm wzrostu… nie jest tak wielki. Jak każdy inny koszykarz, to tylko człowiek, w dodatku mający najlepsza lata swoje kariery chyba już za sobą. Trybański obie połowy otworzył faulami na Macieju Klimie, a później prezentował się tak sobie, spędzając na parkiecie niespełna 19 minut. – Nie koncertowaliśmy się jakoś specjalnie na Czarku. Znamy go bardzo dobrze, wiedzieliśmy jakie są jego mocne i słabsze punkty. Legia jest bardzo groźna jako kolektyw, co pokazała w Łańcucie. Na pocieszenia pozostaje fakt, że w dwumeczu jesteśmy od niej lepsi – zakończył Dariusz Kaszowski.

SOKÓŁ Łańcut 76
LEGIA Warszawa 78
(17:14, 17:19, 23:23, 19:22)
SOKÓŁ: Bręk 8 (2×3), Fortuna 3, Rduch 16 (2×3), Klima 8, Pisarczyk 14 (1×3) oraz Pławucki 9 (2×3), Balawender 2, Czerwonka 7, Wrona 9 (1×3)
LEGIA: Aleksandrowicz 17 (3×3), Bierwagen 12, Ł. Wilczek 0, M. Wilczek 15 (1×3), Trybański 9 oraz Malewski 2, Kobus 16 (2×3), Paszkiewicz 3 (1×3), Kwiatkowski 4.
Sędziowali: A. Krasuski, P. Baran, M. Gandor. Widzów 1 tys.

Marcin Jeżowski

[print_gllr id=143116]

Leave a Reply

Your email address will not be published.