Łapówka za ubranego nieboszczyka

- Śmierć kogoś bliskiego jest zawsze wstrząsem. Niektórzy umieją to wykorzystać, ale nie jest już tak źle, jak to było nawet kilka lat temu - mówi Piotr Banaczyk, wiceprezes Polskiej Izby Pogrzebowej. Fot. Jerzy Mielniczuk
– Śmierć kogoś bliskiego jest zawsze wstrząsem. Niektórzy umieją to wykorzystać, ale nie jest już tak źle, jak to było nawet kilka lat temu – mówi Piotr Banaczyk, wiceprezes Polskiej Izby Pogrzebowej. Fot. Jerzy Mielniczuk

Właściciel Zakładu Pogrzebowego „Pro Morte” Sławomir Marczewski podejrzewał pracownika prosektorium, że ten dorabia „na lewo”. Ze skargami był wszędzie, gdzie jego zdaniem mogły coś wnieść. Nie wniosły nic. Dyrektor szpitala jeszcze powiedział mu, żeby pokazał jakiś dowód. Problemu z tym nie było.

Sam prowokacji nie chciał urządzać; wynajął detektywów. Ci poszli do prosektorium, udali krewnych załamanych po stracie bliskiej osoby, a prosektor stracił instynkt samozachowawczy. Powiedział, ile bierze za wyelegancenie nieboszczyka i polecił jeszcze konkretny zakład pogrzebowy do dalszych czynności. Detektywi nagrali wszystko i oddali materiał zleceniodawcy. Ten z gorącym dowodem przewinienia poszedł do dyrektora i sam się załamał. Liczył, że dyrektor swego pracownika na zbity pysk wyrzuci, a on ukarał go tylko naganą. Urażony właściciel „Pro Morte” zadzwonił do mediów.

Kto pierwszy, ten ciało zabiera
Temat usług funeralnych jest zawsze ciepły. W tym przypadku nie ma żadnej przesady, bo nieboszczyk jeszcze nie ostygł, gdy zaczynały się nad nim targi. Tak przynajmniej utrzymuje Marczewski. Od swojego zakładu w Rozwadowie do prosektorium w Powiatowym Szpitalu Specjalistycznym ma ok. 4 km. Gdy mknie po ciało zmarłego w szpitalu, zazwyczaj się spóźnia. Nie wie, jakim cudem, ale zwykle przed prosektorium stoi już karawan z konkurencyjnego zakładu w Nisku. To jakieś 8-10 km. Na samochód ekipa Marczewskiego nie może narzekać, więc właściciel stalowowolskiego zakładu „Pro Morte” najpierw nabrał podejrzeń, a potem już pewności, że pracownik prosektorium daje cynk konkurencji z Niska. Nie jest tajemnicą, że w tej konkurencji kiedyś pracował i zażyłość jakaś musiała pozostać.

– Słyszałem od żałobników i grabarzy, że pracownik prosektorium namawia rodziny zmarłych do korzystania z usług zakładu w Nisku – mówi Sławomir Marczewski. – Nie podam dokładnej daty, ale może to robić od kilkunastu lat. Nigdy nie dowiemy się, czy robi to odpłatnie, jednak nie wierzę, by ktoś tak cenne informacje dawał za darmo.

Taka informacja jest warta 4 tys. zł. Tyle wynosi zasiłek pogrzebowy, za który trzeba zmarłego ubrać i z szykanami zamknąć w trumnie, a potem pochować w grobie. Zasiłek ten jest źródłem zarobku zakładów pogrzebowych. Tych nie brakuje i nic dziwnego, że na rynku usług pogrzebowych panuje konkurencja. Jednak prowadzenie akwizycji pogrzebowej na terenie szpitali jest zabronione. By dowieść dyrektorowi szpitala, że jego pracownik prowadzi właśnie taką akwizycję, przedsiębiorca z Rozwadowa wynajął detektywów. Byli najlepsi w okolicy, bo oficerskie szlify zdobywali kiedyś w CBŚ. Usłyszeli od prosektora, że najtańszy jest zakład z Niska, a gdyby babcię trzeba było umyć i ubrać do trumny, to on sam może się tym zająć. Oczywiście za określoną opłatą.

Minister zabrania, a oni nic sobie z tego nie robią
– Ten film nie jest dla mnie dowodem lobbowania na rzecz jakiegoś zakładu, bo rozmowa była tak przez detektywów kierowana, by usłyszeli nazwę tego zakładu – mówi Piotr Banaczyk, właściciel firmy pogrzebowej „Memento” ze Stalowej Woli. – Z ręką na sercu twierdzę, że nie odczułem lobbowania w prosektorium za jakimś konkurencyjnym zakładem pogrzebowym. Niepokojące było jednak inne zdanie wypowiedziane przez prosektora, a nagranie puszczone w telewizji jest dla mnie niesmaczne.

Ekipa TV Rzeszów podeszła z kamerą pod prosektorium, żeby w odpowiednim klimacie nagrać wypowiedź prosektora. Ten dziennikarza po prostu wyrzucił z parterowego przybytku. Pech albo przypadek chciał, że akuratnie wtedy pod prosektorium podjechał karawan z… Niska. Edward Surmacz, pełniący obowiązki dyrektora szpitala, był „zaskoczony i zmartwiony taką sytuacją”. Przyznał, że ukarał pracownika prosektorium naganą i ostrzegł, by w przyszłości był bardziej delikatny w poradach dla rodzin, które zgłaszają się po ciała zmarłych. I tu dochodzimy do innego wątku stalowowolskiej nekroafery. Ta jest świeża, ale wcale nie stalowowolska, bo na zwłokach zarabiają w całej Polsce.

Piotr Banaczyk jest wiceprezesem Polskiej Izby Pogrzebowej. Nawet nie udaje, że pobieranie opłat za ubieranie zwłok w szpitalach jest zjawiskiem powszechnym, a przy tym zakazanym. Izba wielokrotnie interweniowała w podobnej do stalowowolskiej sprawach i jak było trzeba, to nawet do wojewodów. Zwykle udawało się sprawę załatwić polubownie, a jak nie, to drogę przetartą miały organa ścigania. Sprawę reguluje rozporządzenie Ministra Zdrowia z 2006 r., które mówi, że „osoba wskazana w regulaminie szpitala jest obowiązana zwłoki zmarłego umyć, okryć i wydać osobie uprawnionej w stanie i w sposób zapewniający zachowanie godności osoby zmarłej”. Za mycie i okrycie szpital nie może pobierać żadnych opłat. Ubranie zwłok jest czynnością pogrzebową, a prowadzenie takich na terenie ZOZ-ów jest zabronione. Mówiąc wprost, prosektor ubiera zwłoki za nic innego, jak łapówkę.

Rocznie można zarobić na niezły samochód
– Niestety, wręczanie łapówek pracownikom prosektoriów to powszechna praktyka, ale głównie za naszym przyzwoleniem – podsumowuje Banaczyk. Łatwo powiedzieć, gdy się siedzi w branży. Jednak ludzie pogrążeni w żałobie zatracają zdolność racjonalnej oceny sytuacji i nie dociekają swoich praw. Gdy im ktoś powie o możliwości ubrania bliskiego zmarłego, nawet się nie zastanawiają, tylko sięgają do portfela. Sławomir Marczewski nie darował pracownikowi prosektorium. Jego zachowanie opisał w liście do starosty, o nielegalnych dochodach zawiadomił urząd skarbowy. Skarbówka prosektora na pewno się czepi, bo informujący ją przedsiębiorca wyliczył, że lewy biznes w prosektorium mógł pracownikowi przynieść nawet kilkadziesiąt i więcej tysięcy złotych bez podatku. Po prostu pomnożył liczbę zmarłych w szpitalu przez stawkę 150 lub 200 zł i wyszło… dobry samochód na rok.

Kaktus komuś na dłoni wyrośnie, jeżeli nie zajmie się tym prokuratura. Może niechętnie, bo śledczy będzie musiał przesłuchać nawet kilkaset osób, ale tak już się dzieje. Co roku gdzieś z Polski dochodzi informacja o postawieniu zarzutów nieuczciwemu pracownikowi prosektorium. Zawsze jest to oszustwo polegające na wprowadzaniu krewnych zmarłego w błąd, że ubieranie zwłok jest czynnością odpłatną. Ostatnio wyroki w takich sprawach zapadały w Bytomiu, Nowym Sączu i Jarocinie. Nie byłoby takich spraw, gdyby ktoś uświadomił rodzinę zmarłego, że dawanie pieniędzy pracownikowi prosektorium to zwykła łapówka, a łapówkarstwo jest karalane. – To przede wszystkim złamanie kodeksu etycznego, który obowiązuje na całej ostatniej drodze zmarłego – słyszymy od Piotra Banaczyka.

Branża nachalnej reklamy nie potrzebuje
Etyka jednak ginie, gdy rozpoczyna się pogoń za pieniądzem. Tak jest chociażby z reklamami zakładów pogrzebowych. Niektóre z nich stoją na wprost bram szpitalnych. W Żołyni zakład pogrzebowy reklamuje się pod oknami Zakładu Pielęgnacyjno-Opiekuńczego im. Matki Teresy z Kalkuty. Dla podopiecznych hospicjum to nie umieralnia, ale właściciel zakładu pogrzebowego ma na ten temat zapewne inne zdanie. Z reklamą nie można nic zrobić, bo jest na terenie prywatnym, a właściciel nie chce jej usunąć.

– Zrobiło się ciepło i wyprowadzamy podopiecznych na wózkach – mówią wolontariusze z hospicjum w Żołyni. – Nim zobaczą wiosnę, dostrzegą reklamę zakładu pogrzebowego. Ręce nie tylko chorym opadają.

I w tej sprawie zwróciliśmy się do Polskiej Izby Pogrzebowej. – Żaden poważny przedsiębiorca pogrzebowy nie reklamuje swoich usług poza mediami – usłyszeliśmy. Ale który jest poważny, a który zwyczajnie chciwy?

Jerzy Mielniczuk

Leave a Reply

Your email address will not be published.