
ŻUŻEL. GRAND PRIX POLSKI. Gwizdy kibiców i okrzyki „Złodzieje, złodzieje!” oraz „Co to jest?!” żegnały żużlową Grand Prix Polski na Stadionie Narodowym w Warszawie.
To miało być święto światowego speedwaya z rekordem frekwencji na turnieju Grand Prix włącznie. Skończyło się totalną klapą i popisem kompromitującej nieudolności organizatorów na czele z odpowiedzialnym za przygotowanie toru i całej żużlowej infrastruktury Ole Olsenem.
„Pierwszy raz na Speedway Grand Prix? Tak to wygląda!” – to hasło reklamowe, wyświetlane na olbrzymich ekranach, podwieszonych pod kopułą Stadionu Narodowego w Warszawie od minionej soboty nabrało nowego znaczenia. W pierwotnym zamiarze zawody w stolicy miały wypromować żużel i sprawić, że na dobre zagości on w nieprzychylnej mu dotychczas Warszawie. W rzeczywistości przyniosły zupełnie odwrotny skutek.
Fuszerka „Gangu Olsena”
6 milionów złotych – tyle kosztowała organizacja inaugurującego cykl Grand Prix 2015 turnieju w stolicy Polski. Blisko jedną czwartą tej kwoty (około 1,5 mln zł) miała zainkasować firma Speed Sport, należąca do Ole Olsena, a raczej nieudacznika Olsena. Ten od minionego poniedziałku przechwalał się na lewo i prawo ile to już przygotował w swoim życiu torów na zawody Grand Prix i jakie ma w tej kwestii doświadczanie. Na „Narodowym” Duńczyk dał ciała na całej linii. Pierwszym sygnałem ostrzegawczym był już zbojkotowany przez większość zawodników piątkowy oficjalny trening, w którym udział wzięli tylko Nicki Pedersen i Thomas H. Jonasson. – W pojedynkę można było wybierać optymalne ścieżki i jeszcze w miarę się jechało. Ściganie w czterech na tej nawierzchni byłoby niebezpieczne – ocenił piątkowe próbne jazdy ten drugi. – O stan toru należy spytać Tomasza Golloba, Grega Hancocka, Chrisa Holdera, Taia Woffindena czyli byłych mistrzów świata, a nie Jonassona, który jest pierwszy sezon w GP. Wystarczy kopnąć butem i robi się dziura. Na takim torze nie da się jeździć. Nie ma sensu męczyć się z motocyklem. Wszyscy, którzy odmówili wzięcia udziału w piątkowym treningu, zgodnie utrzymują, że w przypadku takiego samego stanu toru w sobotę wieczorem, nie wyjadą we czterech pod taśmę. Nikt z nas nie chce się połamać już w kwietniu – grzmiał Krzysztof Kasprzak, wicemistrz świata.
Mieszanka cementu z piachem
To było preludium do sobotnich „atrakcji” na Stadionie Narodowym. O ile jeszcze piątkowy trening obserwowała tylko garstka kibiców, o tyle sobotnią kompromitację „cyrku Olsena” na żywo śledziło 53,5 tys. widzów (rekordowa frekwencja w historii Grand Prix – przyp. red.) i tysiące, o ile nie miliony przed telewizorami. Po całonocnych pracach nad torem uznano go ostatecznie jako bezpieczny do jazdy i zawodnicy w sobotni poranek mogli wziąć udział w próbnych, aczkolwiek nieobowiązkowych jazdach. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że jeszcze po porannym treningu tor przeszedł poważną operację, bowiem w niektórych miejscach, głównie przy krawężniku był bardzo sypki i grząski. W związku z tym organizatorzy mieli podjąć decyzję o… wycięciu na całej długości toru pasa o szerokości około trzech metrów, a w jego miejsce wsypano… mieszankę cementu z piachem, by utwardzić podłoże.
Miliony Euro odszkodowania?
Wypełniony w sobotni wieczór do ostatniego miejsca stadion robił wrażenie, ale magia „żużlowego Narodowego” prysła wraz ze startem do pierwszego biegu. Jednak to nie dziurawa nawierzchnia była języczkiem u wagi Grand Prix na Stadionie Narodowym. Rolę głównego (anty)bohatera zawodów grała wadliwa maszyna startowa, która zawodziła od początku zmagań. Po trzech powtarzanych z powodu nierównego startu biegach, sędzia podjął decyzję o… usunięciu taśmy. Zawodnicy mieli zatem startować w momencie, gdy zgaśnie zielone światło (to pierwsza tego typu sytuacja w dotychczasowej historii Grand Prix). Przez ponad 2 godziny organizatorzy, mimo wielokrotnych prób nie byli w stanie naprawić maszyny startowej. – Przyznam, że byliśmy zaskoczeni brakiem rezerwowego rozwiązania w związku z awarią maszyny startowej – przyznał po zawodach Michał Sikora, wiceprezes PZMot. A że nieszczęścia chodzą parami, to wraz z kolejnymi, często powtarzanym biegami, do szwankującej maszyny startowej dołączył dziurawy i rozsypujący się tor, który był przyczyną kilku upadków. Przeciągające się zawody z minuty na minutę podnosiły poziom frustracji zniecierpliwionych kibiców.
Premedytacja organizatorów
Organizatorzy Grand Prix (firma BSI) z premedytacją ciągnęli na siłę całą rywalizację najlepszych zawodników świata, by ostatecznie zakończyć ją po 12. biegu. Wg regulaminu właśnie po nim zawody oficjalnie można uznać za rozegrane, co oznacza, że nie trzeba ich było przekładać na następny dzień lub zwracać kibicom pieniędzy za bilety. – PZMot. jako organizator dołożył wszelkich starań, aby ta impreza odbyła się na najwyższym poziomie. Przez ponad dwa lata prowadziliśmy rozmowy z firmą BSI. W umowie zostało nam narzucone, że za przygotowanie toru i organizację techniczną będzie odpowiedzialna firma „Speed Sport” Ole Olsena. Niestety, byliśmy świadkami dużych problemów. Jesteśmy bardzo zawiedzeni tą sytuacją. Liczymy na wyrozumiałość. Mam nadzieję, że przyszłym roku impreza przebiegnie lepiej. Z firmą BSI mamy podpisaną trzyletnią umowę, ale tę sytuację będziemy analizować z kancelarią prawną – to oficjalny komunikat PZMot. który niewykluczone, że będzie domagał się od BSI odszkodowania za straty wizerunkowe w wysokości co najmniej kilku milionów Euro.
Cenzura niczym z PRL-u
Warszawska Grand Prix kolejny raz pokazała, że żużlowcy w całym „cyrku Grand Prix” są tylko marionetkami. O ile jeszcze mieli oni odwagę, by zbojkotować piątkowy trening, o tyle w sobotę zdani byli na łaskę organizatorów. Ci z kolei mieli im zakneblować usta, zakazując kontaktów z mediami. Co więcej, wg nieoficjalnych informacji, organizatorzy GP mieli straszyć zawodników karami, w przypadku gdyby ci odmówili wyjazdu na tor. – Ustaliliśmy wspólnie z kolegami, że nie będziemy komentować tego, co się stało – powiedział Krzysztof Kasprzak. – Zawsze chętnie rozmawiam po każdych zawodach, ale tym razem proszę o wyrozumiałość. Uszanujcie naszą wspólną decyzję, że nie będziemy komentować okoliczności przerwania zawodów – mówił z kolei Greg Hancock, żużlowiec PGE Stali Rzeszów.
Tylko Golloba żal…
– Jaki jest stadion w Grudziądzu? (obiekt o zdecydowanie najgorszej infrastrukturze w całej PGE Ekstralidze – przyp. red.) – Lepszy od „Narodowego”, bo przynajmniej tam taśma idzie równo w górę! – W II lidze w Gdańska taśma też chodzi równo w górę! – to tylko fragment rozmów kibiców w warszawskim metrze w drodze powrotnej z „Narodowego”. Z pewnością największym przegranych sobotniej Grand Prix był startujący z dziką kartą Tomasz Gollob. To właśnie on był jedynym odważnym w całej stawce zawodników, który nie owijał w bawełnę i wskazał winnego całej sytuacji. – Jestem spełnionym sportowcem w stu procentach. Jednak z problemami organizacyjnymi nic wspólnego nie ma PZMot. i operator stadionu. Wydaje się, że zawiódł Ole Olsen. Nie możemy odpowiadać za firmę, która układała tor – ocenił mistrz świata z 2010 roku, da którego turniej na Stadionie Narodowym miał być pożegnalnym z cyklem Grand Prix. No właśnie, miał być… Przed zawodami Gollob dostał bowiem propozycję stałych startów w tegorocznym cyklu Grand Prix. Czy z niej skorzysta? Na razie nie wiadomo ale raczej jest to mało prawdopodobne. Nie zależnie od tego, jaką decyzję podejmie „Chudy”, z pewnością nie zasłużył na pożegnanie w tak żenującym stylu. Wg programu, cała uroczystość miała nastąpić godzinę przed startem do pierwszego biegu. Nie wiedzieć czemu, organizatorzy zmienili plany i pożegnali Golloba po zakończeniu turnieju, co okazało się przysłowiowym strzałem w stopę. Stadion Narodowy świecił już wówczas pustkami, bowiem zniesmaczeni przebiegiem Grand Prix kibice już dawno zdążyli opuścić trybuny. – Nie płacz synku. Nic na to nie poradzę, że żużel skończył się w połowie – te słowa skierowane przez ojca do kilkuletniego, płaczącego synka najlepiej obrazują to, co działo się w sobotni wieczór na Stadionie Narodowym w Warszawie. Takich zawiedzionych kibiców było w ten wieczór kilkadziesiąt tysięcy…
Wyniki: 1. M. Zagar (Słowenia) 8 (3,3,2), 2. Ch. Harris (Wielka Brytania) 7 (1,3,3), 3. J. Hampel (Polska) 7 (3,1,3), 4. N. K. Iversen (Dania) 7 (2,2,3), 5. M. J. Jensen (Dania) 5 (2,3,0), 6. T. Woffinden (Wielka Brytania) 5 (2,1,2) i G. Hancock (USA) 5 (2,1,2), 8. J. Doyle (Australia) 4 (1,t,3), 9. T. H. Jonasson (Szwecja) 4 (0,2,2), 10. T. Gollob (Polska) 4 (1,2,1), 11. K. Kasprzak (Polska) 3 (3,0,d), 12. A. Jonsson (Szwecja) 3 (3,d,-,-,-), 13. Bartosz Zmarzlik (Polska) 3 (3), 14. M. Janowski (Polska) 3 (0,2,1), 15. N. Pedersen (Dania) 3 (1,1,1), 16. Pi. Pawlicki (Polska) 1 (1), 17. Ch. Holder (Australia) 0 (0,0,w), 18. T. Batchelor (Australia) 0 (0,w,w).
Marcin Jeżowski, Warszawa
[print_gllr id=146944]



2 Responses to "Kompromitacja za 6 mln zł! (ZDJĘCIA)"