
Rozmowa ze Sławomirem Szeligą, wychowankiem Stali Rzeszów, przez siedem ostatnich lat pomocnikiem Cracovii.
Dziesięć lat temu odchodził ze Stali do Widzewa Łódź, z którym awansował do ekstraklasy. W Cracovii przeżył spadek oraz świętował z nią powrót do elity. W ekstraklasie defensywny pomocnik rozegrał 172 mecze i strzelił 3 gole. Od kilku dni Sławomir Szeliga przygotowuje się do sezonu w swoim pierwszym klubie.
– Pan tak na poważnie z tym powrotem do Stali?
– Bardzo poważnie. Stal to mój klub, tutaj wszystko się zaczęło. Ze Stali trafiłem do Widzewa, a potem do Cracovii. Teraz mam okazję pomóc klubowi wspiąć się na wyższy poziom. Gdy stało się jasne, że nie zostanę w Krakowie, podjęliśmy z żoną decyzję o powrocie do rodzinnego Rzeszowa. Mamy już dość tułaczki. Wybudowałem dom w Świlczy, jeden z synów pójdzie we wrześniu do szkoły. Dobrze byłoby zacząć ten etap życia u siebie, a nie w kolejnym mieście, z dala od najbliższych.
– Rozumiem, że Stal to nie jedyna opcja?
– Na brak ofert nie narzekam. Chcą mnie jednak kluby spoza regionu, a jak mówiłem, mam dość życia na walizkach.
– Za kilka dni skończy pan 33 lata. Jeszcze kilka miesięcy temu grał pan w ekstraklasie. Pana transfer do Stali byłby wydarzeniem, ale przyznam, że jestem zaskoczony, iż wybiera pan piłkarską emeryturę.
– Dlaczego emeryturę? Nie czuję się stary ani wypalony. Chciałbym awansować ze Stalą do drugiej ligi, bo to niepojęte, iż tak duże miasto jak Rzeszów nie ma mocnego klubu piłkarskiego.
– Pobudki są szlachetne, ale na chęciach może się skończyć. Stali chyba nie stać na zatrudnienie piłkarza takiego kalibru?
– Zobaczymy.
– Skoro panu tak bardzo zależy, zapewne będzie pan elastyczny podczas negocjacji kontraktu. Za tysiąc zł grać tu jednak pan nie będzie…
– Wiadomo, że mam swoje oczekiwania finansowe. Jestem zawodnikiem ze sporym bagażem doświadczeń, z tzw. wyższej półki. Negocjacje są jednak od tego, by spotkać się z drugą stroną gdzieś tam w połowie drogi. Co będzie, jeśli rozmowy zakończą się fiaskiem? Pewnie będę grał w innym klubie. Ale na razie o tym nie myślę. Chcę wierzyć, iż dojdę z szefami Stali do porozumienia.
– Okoliczności są niezbyt sprzyjające. Jest pan zaskoczony tym, co dzieje się w sekcji?
– Jestem człowiekiem z zewnątrz i nie chciałbym się na ten temat wypowiadać. Wiadomo, że dla piłkarzy to niezbyt komfortowa sytuacja. Każdy z nas chce wiedzieć, na czym stoi. A zaskoczony nie byłem. Mam w Stali kilku dobrych znajomych, informowali mnie na bieżąco o tym, co się tutaj dzieje.
– Rozstanie z Cracovią było dla pana bolesne? Był pan z tym klubem na dobre i na złe, nosił kapitańską opaskę i urósł do rangi symbolu.
– Cóż, takie jest życie piłkarza. Na nikogo się nie obrażam, bo też rozstaliśmy się w zgodzie. Skończyła mi się umowa, trener Jacek Zieliński poinformował, że nie widzi mnie w swoim zespole i tyle. Mam tę satysfakcję, że grałem w klubie z ogromnymi tradycjami. Spędziłem tam nie rok, a siedem długich lat. To w naszych warunkach rzadko spotykane. Czy przeczuwałem, że moja przygoda z „Pasami” dobiega końca? Tak, to się czuję. Piłkarz doskonale wie, czy jest potrzebny trenerowi, czy odstawiany jest na boczny tor. Decyzja Cracovii nie była dla mnie zaskoczeniem.
– Nie każdy polski klub potrafi podziękować swoim zasłużonym zawodnikom. Cracovia pożegnała pana z honorami?
– Miało to nastąpić w sobotę, 12 lipca, podczas towarzyskiego spotkania w Krakowie z Wolfsburgiem. Niestety, miasto nie zdecydowało się wesprzeć imprezy finansowo i wicemistrz oraz zdobywca Pucharu Niemiec przy Kałuży się nie pojawił. Słyszałem, że Cracovia co nieco planuje przy okazji spotkania z Ruchem Chorzów. Zobaczymy co z tego wyniknie.
– Rozmawiamy o Stali, Cracovii, tymczasem upadł inny bliski panu klub – Widzew Łódź.
– Szok i ogromny żal. Rozpadła się wielka piłkarska firma, klub, w którym spędziłem trzy i pół roku. Kibice wzięli się za odbudowę Widzewa, lecz będzie ciężko wrócić na szczyt. Wcześniej podobny los spotkał choćby Polonię Warszawa. Bardzo to przykre, że dawni mistrzowie kraju tułają się po niższych ligach. Nie tam ich miejsce.
– Przyglądam się panu i nie mogę uwierzyć, jaki pan szczupły. Gdzie te ekstraklasowe bicepsy?
– Nigdy nie miałem tendencji do tycia (śmiech). Wyjeżdżałem z Rzeszowa chudy, wracam ważąc tyle samo.
– A z pana zdrowiem wszystko w porządku? W maju 2014 roku w spotkaniu z Widzewem doznał pan groźnej kontuzji, kilka miesięcy później musiał się pan poddać operacji więzadeł strzałkowo-piszczelowych.
– Przeżywałem trudne chwile, ale na boisko wróciłem wcześniej, niż lekarze się spodziewali. Z nogą wszystko OK., po rekonstrukcji jest mocniejsza od drugiej, która nie została tak boleśnie doświadczona. Zapewniam, że w każdym klubie przejdę testy medyczne.
Rozmawiał Tomasz Szeliga


