PIŁKA NOŻNA. III LIGA. Stal Rzeszów jest samodzielnym liderem dzięki bramkom zdobywanym po upływie regulaminowych 90 minut.
Kibice biało-niebieskich nie muszą już motywować swoich ulubieńców popularną przyśpiewką: „Gramy do końca, Stal Rzeszów gramy do końca!”. Podopieczni Marcina Wołowca w tym sezonie do perfekcji opanowali sztukę zadawania ciosów, po których rywale nie mają cienia szans na odrobienie strat.
Pojedynek z Avią. Z nieba leje się żar, a stalowcy biją głową w świdnicki mur. – Nie tak to miało wyglądać – kręcą głową kibice, którzy już stracili nadzieję na udany początek sezonu. Nagle piłka zaczyna krążyć od nogi do nogi, Sławomir Szeliga strzela, bramkarz odbija piłkę przed siebie, ale Łukasz Szczoczarz przewidział, że tak to się może potoczyć. Pakuje futbolówkę do siatki, gdy boiskowy zegar wskazuje 93 minutę. W następną sobotę przy Hetmańskiej mamy powtórkę z historii, choć biało-niebiescy zostali poddani jeszcze trudniejszej próbie, bo po I połowie przegrywali z Polonią Przemyśl 0-1. Tym razem bohaterem Stali okazał się Sebastian Brocki. Po trzech kolejkach zespół Marcina Wołowca jest samodzielnym liderem i jedynym z kompletem punktów. Oto nagroda za walkę do końca.
Nie tylko łut szczęścia
Co ciekawe, w rundzie wiosennej poprzedniego sezonu, gdy Stal ścigała się z Karpatami o pierwsze miejsce, tylko raz wydostała się z tarapatów w równie spektakularny sposób. Gol Macieja Maślanego w ostatniej minucie pozwolił zremisować z Motorem Lublin. Co takiego zatem nastąpiło, że stalowcy zaczęli być zabójczo skuteczni w ostatnich fragmentach spotkań? A może to po prostu zwykły przypadek?
– W jakimś stopniu tak – uśmiecha się trener Wołowiec. – Patrząc na ostatnią asystę Petera Suswama, widać, że w tej akcji dopisało mu szczęście. Samo podanie do „Brokiego” było pierwsza klasa, ale wcześniej uwikłał się w drybling, piłka odbijała się od nóg rywali. Gdy strzela się bramki tuż przed końcowym gwizdkiem, zawsze znajdą się tacy, co sprowadzą to wyłącznie do uśmiechu fortuny. Lecz, moim zdaniem, decydują również inne czynniki – podkreśla Wołowiec. I rozpoczyna wyliczankę: po naszej stronie jest doświadczenie i przygotowanie motoryczne. W końcówkach mamy więcej sił od przeciwników, a przecież warunki pogodowe nie sprzyjały podkręcaniu tempa.
„Szczota” napędza
To nie wszystko. Porażka z Olimpią Zambrów w barażach o II ligę tkwi w drużynie Stali jak cierń. – Widać sportową złość – potwierdza Wołowiec. – Chłopaki chcą udowodnić, że to oni zasługiwali na promocję. Ale być może kwestią pierwszorzędną jest to, iż posiadam w zespole indywidualności, które nienawidzą przegrywać. Taki „Szczota” aż zgrzyta zębami jak Stal nie zgarnie trzech punktów. To on napędza drużynę, pobudza ją do walki. Niezależnie od tego, czy przebywa na boisku, czy tylko siedzi na ławce.
Argumentów na prawdziwość tej tezy dostarcza sam napastnik. Szczoczarz już dawno nie miał tak udanego startu – w każdym z trzech dotychczasowych meczów trafiał do siatki, jego gole podrywały drużynę (z Polonią), dawały zwycięstwo (z Avią) albo pieczętowały sukces (z Orlętami Radzyń Podlaski).
Gdy zaparkują autobus…
– Wszystko można tłumaczyć łutem szczęścia, ale sęk w tym tym, iż prowadzę drużynę, która nie zatrzymuje się w połowie drogi – kontynuuje Marcin Wołowiec. – Nie zadowolił jej remis z Polonią, parli do zwycięstwa. Zawodnicy mają oczywiście świadomość, iż reforma zbierze krwawe żniwo i każdy punkt jest w tym sezonie na wagę złota. Poza tym zdobycz wyszarpana w ostatnich sekundach smakuje wyjątkowo. Każdy taki triumf dodatkowo buduje drużynę.
Kij ma dwa końce, więc można spytać, dlaczego Stal zaczyna grać na miarę swoich możliwości dopiero, gdy w oczy zagląda widmo klęski? – Wolelibyśmy nie przeżywać tych thrillerów, ale naprawdę ciężko się gra, gdy przeciwnik zaparkuje na własnej połowie autobus – tłumaczy szkoleniowiec biało-niebieskich. – Avia i Polonia liczyły na kontrę, w Radzyniu Podlaskim gospodarze poszli z nami na wymianę ciosów i wiadomo, jak to się dla nich skończyło (Orlęta przegrały 0-4 – red.). Wciąż pracujemy nad atakiem pozycyjnym, żeby być skutecznymi we wcześniejszej fazie meczu.
Stal na grze do końca zyskała najwięcej, ale charakterem imponują też piłkarze… Tomasovii. – Na zebraniu przed sezonem działacze Motoru najgłośniej krzyczeli, że Lubliniankę i Tomasovię trzeba zostawić w lidze. A teraz mają się z pyszna – puentuje Wołowiec, nawiązując do sobotniej porażki Motoru w Tomaszowie Lubelskim.
Tomasz Szeliga


