18-letni Michał Żebrakowski zapewnił Lechii Gdańsk zwycięstwo nad Resovią w meczu rozegranym z okazji 110-lecia rzeszowskiego klubu.
– Wychowanek Stali wbija bramkę Resovii i to na jej stadionie. Taki gol musiał panu wyjątkowo smakować.
– Nie zaprzeczę (śmiech). Ważniejsze jednak, że była to moja premierowa bramka w pierwszej drużynie Lechii. Mam nadzieję, że pomoże mi ona w szybszym debiucie w ekstraklasie. Czekam na ten dzień z utęsknieniem.
– Jest nowy trener, więc pewnie i dodatkowa motywacja, żeby się pokazać?
– Zawsze tak jest. Jak to się mówi, każdy z zawodników ma czystą kartę do zapisania.
– Oferta z Lechii była z gatunku tych, które się nie odrzuca? Pytam, bo słyszałem, że pana ojciec i pan nie chcieliście słyszeć o pozostaniu w Stali.
– A ja nie słyszałem, żeby Stali zależało na zatrzymaniu mnie w Rzeszowie. O propozycji Lechii dowiedziałem się przed końcem poprzedniego sezonu. Okazało się, że Marek Jóźwiak (dyrektor skautingu i menedżer klubu – red.) obserwował nasze mecze. To chyba oczywiste, iż ofertę z ekstraklasy trzeba traktować jak szansę. Nie mieliśmy wielkich dylematów, choć pierwszy miesiąc był dla mnie trudny. Tęskniłem za domem, za znajomymi.
– Jak się trenuje w ekstraklasie?
– Intensywnie. Dwa razy dziennie z przerwą na posiłek i odpoczynek. Człowiek wraca do domu tak zmęczony, że od razu kładzie się spać.
– Zatem czasu na zwiedzanie Trójmiasta nie było?
– Na szczęście przyjechałem do Gdańska w wakacje. Trenowaliśmy wtedy raz dziennie, więc byłem na plaży, zwiedziłem starówkę, zdarzało się nawet, iż wyszedłem wieczorem do restauracji.
– Lechia to istna wieża Babel. Z kim pan trzyma?
– Z młodymi: Przemkiem Macierzyńskim, Adamem Chrzanowskim, Adamem Buksą. Z tymi, którzy noszą wodę starszyźnie (śmiech).
– Ze zdrowiem już wszystko w porządku?
– Jest OK. W lipcowym, towarzyskim meczu z Hannoverem nabawiłem się kontuzji i przez dłuższy czas się leczyłem. Ale jak widać, już zacząłem strzelać (śmiech).
Rozmawiał TOMASZ SZELIGA


