Co tam życie zwierząt, procedury ważniejsze

Suczka „Alfa” i jej syn „Alfik” zdrowieją pod czujnym okiem weterynarzy. Młodziutka wolontariuszka okazuje im wiele czułości. Fot. Centrum Adopcyjne Lecznicy „Ada”
Suczka „Alfa” i jej syn „Alfik” zdrowieją pod czujnym okiem weterynarzy. Młodziutka wolontariuszka okazuje im wiele czułości. Fot. Centrum Adopcyjne Lecznicy „Ada”

PRZEMYŚL, KRASICZYN. Kto tak potwornie potraktował suczkę i jej szczeniaka?

Kilka dni temu przemyślanka, pani Bożena, wybrała się z koleżankami na grzyby w okolice Krzeczkowej (gm. Krasiczyn). Kiedy wracała z grzybobrania, na wiejskiej drodze zobaczyła wycieńczoną suczkę jamnika ze szczeniakiem. Zatrzymała się i podeszła do psów.

– Widok był taki, że serce się krajało – opowiada nam przemyślanka. – Suczka była poraniona i potwornie wychudzona, oba psy zapchlone i wygłodzone – wspomina. Psy trafiły do przemyskiej lecznicy „Ada”, a rozmowa telefoniczna przemyślanki z urzędniczką Urzędu Gminy Krasiczyn skończyła się pouczeniem pani Bożeny, że… nie zachowała procedur.

Wracające z grzybobrania przemyślanki nie posłuchały przypadkowego kierowcy, który zatrzymawszy się obok ich samochodu, „poradził” zostawić psy samym sobie. Zabrały je do przemyskiej kliniki weterynaryjnej „Ada”. – Były w bardzo złym stanie – nie kryje Radosław Fedaczyński, weterynarz. – Odwodnione, wygłodzone, zapchlone – wylicza. Wygląda na to, że suczkę jamnika szorstkowłosego hodowano „na szczeniaki”. – Ta suczka rodziła już wiele razy – stwierdza R. Fedaczyński. Prawdopodobnie szczeniąt w ostatnim miocie było więcej, ale przeżył tylko jeden. Wszystko wskazuje na to, że kolejnego dnia bez jedzenia i na zimnie nie przeżyłoby ani ono, ani jego mama.

Gdy „Alfa” i „Alfik”, bo tak nazwano psy w klinice, były już pod opieką weterynarzy i wolontariuszy, pani Bożena skontaktowała się z Urzędem Gminy Krasiczyn. – Urzędniczka w ostrych słowach pouczyła mnie, że nie zachowałam procedur! – opowiada zbulwersowana przemyślanka. – Według nich, powinnam była zadzwonić, gdy znalazłam psy i zgłosić to, a po zwierzęta przyjechaliby ludzie z firmy, z którą gmina ma podpisaną umowę. Kiedy? Może za kilka godzin, może nazajutrz. To jakaś kpina! Przecież tych psów za kilka godzin mogło już tam nie być, mogłyby już nie żyć nawet! – denerwuje się pani Bożena.

Wójt gminy Krasiczyn Tadeusz Bobek w rozmowie z nami potwierdza kontakt urzędniczki z panią Bożeną, ale widzi go nieco inaczej. – W takich sytuacjach należy sprawę zgłosić nam, a my skontaktujemy się z firmą, z która mamy umowę dotyczącą opieki nad zwierzętami znalezionymi na terenie naszej gminy – informuje wójt. – Nazajutrz po tym zdarzeniu pracownik tej firmy pojechał do kliniki  „Ada” po psy, ale nie zostały mu one wydane – dodaje.

Doktor Radosław Fedaczyński przyznaje, że psów nie oddał. – Te zwierzęta wymagają fachowej opieki weterynaryjnej, a z tego co wiem, firma, o którą chodzi, nie zatrudnia weterynarza – stwierdza. – Już bardzo serdecznie dziękujemy gminie Krasiczyn za takie zainteresowanie, jakie wykazała w tej sprawie – ironizuje weterynarz. – Sami je wyleczymy i sami znajdziemy im dom – podkreśla.

Monika Kamińska

3 Responses to "Co tam życie zwierząt, procedury ważniejsze"

Leave a Reply

Your email address will not be published.