Kino gangsterskie jest moim ulubionym amerykańskim gatunkiem filmowym. Przynajmniej od czasu, gdy w „Nietykalnych” Briana de Palmy zobaczyłem scenę, jak Robert De Niro w roli Al Capone rozwala kijem bejsbolowym głowę zdrajcy w obecności innych mafiosów, grzecznie siedzących przy stole nakrytym białym obrusem. Taka wychowawcza scena, by inni bandyci wiedzieli, jak smakuje zdrada. Czacha dymi do dziś.
Ostatnio do polskich kin weszły aż dwa filmy tego gatunku „Legend” i „Pakt z diabłem”. Tego pierwszego jeszcze nie zdążyłem obejrzeć, ten drugi mnie usatysfakcjonował w 70 procentach. Reżyser Scott Cooper realistycznie pokazuje rozwój i upadek gangu Jamesa Bulgera w południowym Bostonie w latach 70. i 80. ub. wieku. Mamy to samo natężenie przemocy i sadystycznych emocji co w takich klasykach gatunku, jak „Chłopcy z ferajny” Martina Scorsesse i „Człowieka z blizną” Briana De Plamy. Mamy także motywy zdrady, męskiej przyjaźni i honorowego kodeksu ulicy. W tym męskim świecie kobiety są odsunięte na bok, co też jest zgodne z wyznacznikami gatunku, a co bardzo nie spodobało się żeńskim krytyczkom „Paktu z diabłem”. Młodzieży kinowej radzę jednak nie zważać na te sceptyczne głosy, nawet krytyczne wobec Johnnego Deppa w roli Jamesa Bulgera, tylko iść do kina, bo ten film z udziałem gwiazdora to udana szkoła kina gangsterskiego, takie nawet przedszkole gatunku.
W „Pakcie z diabłem” jest eksploatowany z powodzeniem jeszcze jeden gangsterski motyw: małej ojczyzny na amerykańskim wieloetnicznym oceanie. Gangsterzy, czy to żydowscy, czy irlandzcy jak w tym przypadku, czy włoscy, przede wszystkim zawsze zaczynali od przejmowania władzy na terenie swojego osiedlenie, dopiero potem powiększali terytorium działania. Z tej przyczyny gangsterskie opowieści były swoistymi hymnami na cześć lojalności wobec swoich, na cześć małych Italii czy małych Odess, na cześć dziedziczonej tradycji.
Dziś w Stanach Zjednoczonych nie ma już jednorodnych etnicznie starych dzielnic. Greenpoint nie jest już polski, Chinatown nie jest już wyłącznie chiński. Ameryka wchłonęła imigrantów, dała im nową tożsamość, nie niszcząc radykalnie starej. Czy tak samo będzie z muzułmańskimi imigrantami w Europie? Życie pokazuje, że wielu islamskich imigrantów nie integruje się z nowymi ojczyznami, część młodych, sfrustrowanych, radykalizuje się w antyzachodnich poglądach. Europa hoduje na swoim podwórku islamskich terrorystów za cenę wiary w multikulturowość jako wyższą formę cywilizacji. Oby europejscy przywódcy się nie przeliczyli.
A morał z filmów gangsterskich jest jeszcze jeden: pokazują brutalną walkę o władzę i wpływy, którą w ostatecznym rozrachunku zawsze zwycięża państwo amerykańskie. W Europie może już nie być tak różowo.
Redaktor Piotr Samolewicz



5 Responses to "Mała Europa"