RESOVIA – MOTOR LUBLIN. Samobój gospodarzy, a potem gol-marzenie na 1-1 w ostatniej sekundzie! Dramatyczna końcówka sprawiła, że hit kolejki będzie długo wspominany.
Przemysław Pyrdek – to nazwisko śnić się będzie po nocach piłkarzom Motoru. Była 94, ostatnia z doliczonych minut, gdy pomocnik Resovii huknął z ponad 20 metrów i piłka ugrzęzła w pobliżu „okienka” lubelskiej bramki! Sędzia nie wznawiał już gry.
Rzeszowianie oszaleli z radości, czemu nie można się dziwić. Gdy emocje opadły, przestano mówić o uratowaniu skóry i zaczęto żałować, że nie udało się zgarnąć pełnej puli. – Przed golem dla Motoru, powinniśmy prowadzić 2-0 albo i więcej. W drugiej połowie graliśmy bardzo dobrze i stworzyliśmy kilka wyśmienitych okazji – przypominał trener Artur Łuczyk, który nadal zastępował Dariusza Jęczkowskiego (nie dotarł do Rzeszowa z powodu ważnych spraw rodzinnych).
Strzał życia
Najciekawsze rzeczy w hicie kolejki działy się w ostatnich 7 minutach. Najpierw Sebastian Fedan tak niefortunnie interweniował, że wpakował piłkę do własnej bramki. Potem stuprocentowej sytuacji nie wykorzystał obrońca „pasiaków” Piotr Szkolnik i gdy wydawało się, że punkty pojadą do Lublina, na uderzenie zdecydował się Pyrdek. To była zresztą ostatnia akcja, po tym jak piłka wylądowała w siatce, sędzia zakończył mecz.
– Chłopakowi wyszedł strzał życia. Co prawda, oddał go już po czasie, lecz i tak cenimy sobie ten remis – komentował Dominik Nowak. Trener Motoru okazał się człowiekiem wyjątkowo wyrozumiałym i zrównoważonym. W II połowie po „główce” Kamila Stachyry i odbiciu piłki ręką przez zawodnika gospodarzy, liderowi należał się karny. Nowak był wściekły na arbitra, ale kilkadziesiąt minut później nie wracał do tej sytuacji. – Przecież niemal do samego końca prowadziliśmy. Po prostu zabrakło nam szczęścia, tak bywa w życiu. Powodzenia w następnych meczach – rzucił na pożegnanie w stronę gospodarzy.
Pudłowali na potęgę
Trener Motoru chwalił swój zespół za konsekwentne trzymanie się planu taktycznego, ale prawda jest taka, że lider mógł się podobać tylko przed przerwą. Goście zaczęli ostrożnie, jednak szybko zdobyli kontrolę nad spotkaniem. Spora w tym „zasługa” bojaźliwie grających rzeszowian. Długie podania górą do napastników, brak spokoju w rozegraniu piłki, ratowanie się faulami – to były główne grzechy „pasiaków”. Na II połowę wyszła jednak inna Resovia. Już w 49 minucie bliski pokonania Krzysztofa Żukowskiego był Tomasz Ciećko. Bramkarz Motoru zadziwiał nonszalancją, obrona też zaczęła się gubić, a ostatni raz serca kibiców Resovii zadrżały w 62 minucie, gdy najlepszy w szeregach gości Filip Drozd uderzył głową z kilku metrów. Na szczęście wprost w bramkarza.
– Po zmianie stron uruchomiliśmy skrzydła, dużo było też prostopadłych podań. Stąd brały się nasze okazje – tłumaczył Łuczyk. Sęk w tym, że nie znalazł się nikt, kto postawiłby pieczęć na ładnych akcjach. Zwłaszcza Szymon Kaliniec powinien pluć sobie w brodę. Zawodnik, który zdobywał bramki w dwóch ostatnich meczach, tym razem z 11 metrów huknął na wysokość czwartego piętra.
RESOVIA 1
MOTOR Lublin 1
(0-0)
0-1 Fedan (88. – samob.), 1-1 Pyrdek (90.+4)
RESOVIA: Pietryka – Fedan, Żmuda, Baran, Szkolnik, Ciećko (63. Adamski), Domoń, Kaliniec, Pyrdek, Słoma (56. Pałys-Rydzik) – Rusiecki (76. Jurczak).
MOTOR: Żukowski – Falisiewicz, Gieraga, Komor, Szywacz, Stachyra (81. Myśliwiecki), Tymosiak, Piekarski (81. Dykij), Król, Michota – Drozd (90. Mroczek).
Sędziował: Paweł Sitkowski (Biała Podlaska). Żółta kartka: Pałys-Rydzik. Widzów: 750.
Tomasz Szeliga
[print_gllr id=165750]


