
PIŁKA NOŻNA. Rozmowa z Radosławem Chmielem, rzeszowianinem, który przetłumaczył autobiografię Stevena Gerrarda.
Półtora roku temu został Fanem Roku Liverpool FC, teraz przetłumaczył na język polski autobiografię klubowej legendy Stevena Gerrarda „Serce pozostawione na Anfield” oraz pracuje nad brytyjskim wydaniem książek swojego przyjaciela Jerzego Dudka. – Co mogę powiedzieć? Życie jest piękne! – uśmiecha się 28-letni rzeszowianin Radosław Chmiel.
– Jak doszło do tego, że przetłumaczył pan autobiografię jednego ze swoich idoli?
– Można powiedzieć, że się „wprosiłem”. Wiedziałem, że we wrześniu tego roku Steven będzie wydawał swoją, kolejną już, publikację w Anglii, więc olśniło mnie, że fajnie by było, aby w końcu jakaś książka dotycząca piłkarza Liverpoolu wyszła w Polsce. Włączyło mi się dziennikarskie zacięcie wyniesione ze studiów i zadzwoniłem do angielskiego wydawnictwa z pytaniem, czy ktoś z Polski kontaktował się w sprawie tłumaczenia. Okazało się, że prawa do tłumaczenia nabyło krakowskie wydawnictwo SQN, więc wykonałem kolejny telefon i „wprosiłem” się na to tłumaczenie. Pomógł mi w tym fakt, że prowadzę oficjalnego polskiego Twittera LFC @PolandLFC oraz to, że angielski język sportowy nie jest mi obcy. Przetłumaczyłem na próbę pierwszy rozdział, który został zaakceptowany przez SQN i tak stanąłem przed kolejnym wyzwaniem w swoim życiu. I tu należą się podziękowania moim rodzicom: mamie Ani za to, że zapisała mnie na prywatne lekcje angielskiego w wieku 7 lat oraz, że motywowała mnie na każdym kroku, a tacie Zbyszkowi za zarażenie mnie bakcylem piłki nożnej. To on wysłał mnie na treningi i zasypywał opowieściami o Dalglishu, Keeganie i Aldridge’u. I pomyśleć, że w dzieciństwie chciałem podbijać NBA wraz z królikiem Bugsem (śmiech).
– Praca nad książką to była ciężka praca czy jednak relaks?
– Osoby, które widziały z boku, jak pracuję, łapały się za głowę, jak mogłem wytrzymać taki tryb życia podczas tłumaczenia. Od poniedziałku do piątku chodziłem normalnie do pracy od godziny 9 do 17.15, wracałem do domu i kolejne godziny poświęcałem nad siedzeniem przed komputerem i tłumaczeniem, niejednokrotnie do 1-2 w nocy. W weekendy nad tłumaczeniem pracowałem od rana do nocy. Dodajmy do tego jeszcze moje obowiązki związane z Twitterem i relacjami meczów LFC oraz linkowanie artykułów z oficjalnej strony, to wychodzi nam absolutny pracoholizm, nie wspominając przecież o obowiązkach domowych! To była zatem ciężka praca, ale robiłem to z pasji i czułem się o wiele bardziej rozbudzony przy tłumaczeniu, niż przy moich obowiązkach zawodowych związanych z kancelarią, w której obecnie pracuję. Niejednokrotnie pewnie wyglądałem jak zombie, co przy całym moim zamiłowaniu do serii „The Walking Dead” nie powinno w sumie dziwić, ale podczas pracy nad książką niespecjalnie przejmowałem się swoim wyglądem (śmiech).

– Odczuwał pan presję?
– Tak, ale ona tylko motywowała mnie do dalszej pracy. Tu nie chodziło o żadne korzyści materialne – oczywiście fajnie, że mi za to zapłacono, ale ja podchodziłem do tego w ten sposób, że dzięki tłumaczeniu i wkroczeniu w świat Gerrarda, mogłem w jak najlepszy sposób oddać na polskie realia to, co Steven przeżywał. Uważam, że ta moja emocjonalna więź z Liverpoolem pomogła mi w tym, bo tłumacząc książkę i rzeczy, które opisywał, czułem to niesamowicie w środku, przeżywałem każde emocje, każdą łzę i każdy sukces, byłem w tych wszystkich miejscach razem z nim. Nie wiem, czy inni tłumacze też tak mają, ale kiedy pracowałem nad tłumaczeniem, to oczami wyobraźni byłem właśnie Gerrardem, wniknąłem w jego skórę. Przeżywałem wszystkie sukcesy i porażki na nowo, w zupełnie inny sposób, niż wtedy, kiedy obserwowałem te wydarzenia z punktu widzenia kibica. Dzięki temu, że mieszkam w Liverpoolu i znam angielskie realia, mogłem też w przypisach oddać trochę swojej wiedzy, co zdecydowanie pomogło w lepszym odbiorze treści książki.
– Jak długo trwała praca nad tłumaczeniem?
– Zajęło mi to ponad 5 tygodni – skończyłem 18 października. Książka ukazała się w Polsce oraz w Tajlandii. Prawami do tłumaczenia zainteresowani są też Rosjanie i Turcy.
– Czy pojawił się pomysł, żeby Gerrard przyleciał do Polski na spotkania autorskie?
– To była moja pierwsza myśl! Niestety, z uwagi na fakt, iż Gerrard jest obecnie zawodnikiem LA Galaxy, pomysł został w sferze marzeń. Niemniej jednak przez chwilę były plany, aby zaprosić do Polski Donalda McRae, który pomagał Gerrardowi przy pisaniu książki. Koniec końców, ustaliliśmy jednak, że przejadę się do Londynu z kilkoma kopiami polskiej wersji i zrobimy obszerny wywiad na temat współpracy ze Stevenem. Czy uda mi się spotkać Gerrarda przed jego wylotem w styczniu do Stanów? Mam taką nadzieję. Stevie trenuje w ośrodku Liverpoolu, by utrzymać dobrą formę przed wylotem do Los Angeles.
– Książka się podoba, więc może pójdzie pan za ciosem i przetłumaczy kolejną pozycję?
– W tajemnicy powiem, co przestanie być już tajemnicą, że wraz z angielskim wydawcą pracuję aktualnie nad brytyjskim wydaniem książek mojego przyjaciela Jerzego Dudka. Jurek, który wraz z Darkiem Kurowskim – dziennikarzem i ghostwriterem – wydał w Polsce dwie książki: „Uwierzyć w siebie: Do przerwy 0:3” w 2005 roku i „NieREALna Kariera” w 2015 poprosił mnie podczas naszego spotkania w maju przy okazji 10 rocznicy finału w Stambule, czy nie zająłbym się zorganizowaniem i podjęciem się tłumaczenia jego wspomnień na język angielski. Dzięki pomocy znajomego Jamesa Pearce’a z gazety Liverpool ECHO udało mi się spotkać z dyrektorem wydawnictwa, który bardzo chętnie przystał na propozycję wydania angielskiej kompilacji obu książek Jerzego. I tak oto od lata tego roku pracuję też nad tym.
– Autobiografie są często przesłodzone – nie ma w nich kontrowersyjnych treści. Sportowcy dyktują autorom to, co chcą, żeby się w książce znalazło. Czy w „Sercu pozostawionym na Anfield” jest odrobina pieprzu?
– Nie zgodziłbym się ze stwierdzeniem, że książki autobiograficzne są lukrowane. Przeczytałem ich w swoim życiu sporo, ostatnio – poza Gerrardem – „połknąłem” Kubę Błaszczykowskiego, wcześniej Jamiego Carraghera, który wprost stwierdził, że piłkarzem był przeciętnym technicznie. Nie wspominając już o Ronniem O’Sullivanie, który nie krył się ze swoim uzależnieniem od narkotyków i alkoholu, Zlatanie Ibrahimoviciu, Igorze Sypniewskim czy Andrzeju Iwanie. U Gerrarda też nie jest cały czas w pięknych barwach. To, co przeżywał po słynnym poślizgnięciu się w meczu przeciwko Chelsea może zasmucić niejedną osobę. Steven przyznaje się również do zatrzymania przez policję, ale nie będę zdradzał szczegółów. Uważam, że książka jest warta przeczytania i polecam ją każdemu, nie tylko fanom Liverpoolu. Znajdują się tam również zabawne historie. Na przykład bardzo… intymna kontuzja zawodnika tuż przed derbami z Evertonem.
– Gdy rozmawialiśmy wiosną 2014 roku po tym, jak został pan Fanem Roku Liverpool FC, mówił pan, że wszystko co go spotyka określić może jednym słowem: magiczne. W takim razie jak pan skomentuje to, co się wydarzyło teraz?
– Prowadzę oficjalnego Twittera i kręcę się w sferach dziennikarskich klubu, co pomaga w pewnych rzeczach. Oczywiście nie wykorzystuję tego nagminnie, bo nie lubię być nachalny. Cieszę się każdą chwilą związaną z LFC, wciąż współpracuję z kobiecą drużyną pisząc meczowe raporty, jeżdżę na mecze juniorów i rezerw, udaje mi się spotykać z zawodnikami pierwszej drużyny. To wciąż magia, niesamowita przygoda. Za każdym razem, gdy uda mi się osiągnąć coś fajnego, to łapię się za głowę i nie mogę uwierzyć w swoje szczęście. Gdyby 10 lat temu, kiedy pierwszy raz wyjeżdżałem do Liverpoolu, ktoś powiedział mi, że będę blisko klubu, przetłumaczę na polski biografię Gerrarda i będę pracował nad angielskim wydaniem książek Dudka, to kazałbym się tej osobie stuknąć w głowę.
– Porozmawiajmy o klubie. Miał pan okazję zamienić kilka zdań z nowym trenerem Juergenem Kloppem?
– Jeszcze nie, ale pracuję nad tym (śmiech). Klopp „kupił mnie” już na pierwszej konferencji prasowej. Jego szczere wypowiedzi, sposób formułowania tychże i ten szczery, prawdziwy uśmiech – niesamowite! Fani LFC po raz pierwszy od niepamiętnych czasów mają na pozycji menedżera faceta, który myśli dokładnie tak, jak kibice na Anfield.
– Czyli w czerwonej części miasta panuje przeświadczenie, że to właśnie Niemiec będzie tym, który odbuduje potęgę LFC?
– Nie tylko ja mam taką nadzieję. Klopp jest szczery, lubi ofensywny futbol, a przede wszystkim nie odpuszcza żadnych rozgrywek. Zresztą widać już rękę Niemca, który pomimo tego, że skład ma identyczny, jak Brendan Rodgers na początku sezonu, to osiąga zdecydowanie lepsze wyniki, niż jego poprzednik. Cieszy się też dział marketingu. Kiedy na pierwszej konferencji prasowej spytano Kloppa jak określiłby siebie w lidze angielskiej, nawiązując do wypowiedzi Jose Mourinho, który nazwał się „The Special One”, Niemiec odpowiedział, że on żadnym „Special One” nie będzie, bo jest prostym człowiekiem ze Szwarcwaldu – „The Normal One”. Od tego momentu w sklepiku klubowym pojawiły się koszulki, czapeczki i kubki z tym hasłem. Grunt to dobry chwyt marketingowy (śmiech).
– Na koniec proszę opowiedzieć o wspaniałej rocznicy słynnej stambulskiej wiktorii Liverpoolu.
– Miałem okazję wziąć udział w obchodach 10. rocznicy pamiętnego finału, podnieść i ucałować TEN Puchar Europy. A wszystko to dzięki Jurkowi Dudkowi. Porozmawiałem z niemal wszystkimi bohaterami meczu, poznałem też rodziny piłkarzy. Cóż, życie jest piękne!
Rozmawiał Tomasz Szeliga


