Jedna śruba w barku, druga w słoiku

- Odczuwam straszny głód gry - przyznaje Magda Jagodzińska, atakująca Developresu SkyRes, która długo leczyła skutki groźnej kontuzji. Fot. Wit Hadło
– Odczuwam straszny głód gry – przyznaje Magda Jagodzińska, atakująca Developresu SkyRes, która długo leczyła skutki groźnej kontuzji. Fot. Wit Hadło

SIATKÓWKA KOBIET. ORLEN LIGA. Rozmowa z Magdą Jagodzińską, atakującą Developresu SkyRes Rzeszów.

W ostatnim meczu 2015 roku Developres przegrał w Sopocie z wicemistrzyniami Polski 1-3, ale zebrał wiele pochwał. W rzeszowskim zespole najlepiej punktowała Magda Jagodzińska.

– Krótko po meczu przekonywała pani, że zasłużyłyście na punkt. Gdy emocje opadną i człowiek spojrzy na sprawę z dystansem, często zmienia zdanie…
– Jednak mogę powtórzyć z całą stanowczością: rozegrałyśmy dobre spotkanie i możemy żałować, że nie doszło do niespodzianki. Zbudowana jestem atmosferą, jaka panowała między nami na boisku. Tańczyłyśmy z radości po każdej udanej akcji, nie odpuściłyśmy żadnej piłki, jedna drugiej pomagała. Wcześniej trochę nam tych spontanicznych reakcji brakowało.

– Skoro było tak dobrze, to czego zabrakło do pełni szczęścia?
– Skuteczniejszego bloku. Choć trzeba przyznać, że dziewczyny z Sopotu atakowały bardzo mądrze. Obijały nasze dłonie albo sprytnie omijały nasz blok. Miałyśmy też kilka słabszych momentów, jeśli chodzi o przyjęcie zagrywki.

– Oba kluby dzieli jednak przepaść. Atom mógł pozwolić sobie na luksus pozostawienia na ławce reprezentantek kraju: atakującej Katarzyny Zaroślińskiej i środkowej Zuzanny Efimienko. Gdy weszły, pociągnęły zespół.
– Kasia nie grała od początku, bo ciągle dokucza jej kontuzja. Największą robotę wykonała jednak Magdalena Damaske. Jak na najmniej doświadczoną w Atomie, zagrała zaskakująco mądrze (Damaske ma 19 lat – red.) i zasłużenie odebrała nagrodę MVP.

– Trener Stanisław Pieczonka był zadowolony, czy również żałował straconej szansy?
– Cieszył się z wygranego seta, gdy zrobiło się 1-1. Jednak po meczu nie ukrywał niedosytu. Doskonale go rozumiałyśmy.

– Jak przyjęła pani zwolnienie Mariusza Wiktorowicza? Tego należało się chyba spodziewać…
– Wyniki były słabe, a prezesi przygotowywali nas, że w drużynie zajdą zmiany. Ale nikt nie wiedział jakie. O rozstaniu z trenerem dowiedziałyśmy się w ostatniej chwili, podczas zajęć. I to był jednak mały szok. Mimo wszystko nie spodziewałyśmy się, że nastąpi to tak nagle. Ale oczywiście my jesteśmy od grania, a nie od komentowania decyzji zarządu.

– Mariusz Wiktorowicz podkreślał, że na treningach wychodziło wam niemal wszystko, ale w meczach o stawkę pojawiała się psychiczna blokada, dlatego kończyło się klapą.
– Cóż, to prawda, że na treningach prezentowałyśmy się dużo lepiej. Podczas spotkań wstrzymywałyśmy ręce, atmosfera „siadała”. W Sopocie byłyśmy jednak naładowane energią. Może to zasługa spaceru brzegiem morza? Nawdychałyśmy się jodu i dostałyśmy skrzydeł (śmiech).

– U nas jodu trochę mniej niż nad Bałtykiem. Choć godzinę jazdy od Rzeszowa znajdują się piękne lasy sosnowe…
– Sugeruje pan, żebyśmy przed każdym meczem spacerowały po lesie? Kupuję to! (śmiech).

– Porozmawiajmy o pani formie. Jak to możliwe, że w Sopocie uzbierała pani 25 punktów, gdy wcześniej zdobywała ich pani maksymalnie 10.
– Nareszcie przebywałam na boisku od początku do końca – ot i cała tajemnica. Wcześniej jedynie zmieniałam Joasię Kapturską. Po kontuzji jestem głodna gry. Może dlatego nie bałam się i atakowałam odważnie, bez żadnej kalkulacji. Ładowałam ile wlezie i to się opłaciło (śmiech).

– I kto wie, czy nie odesłała pani Kapturskiej na dłużej na ławkę rezerwowych.
– Nie mnie to oceniać. Najistotniejsze, że w drużynie nie ma chorej rywalizacji. Grają te, które najlepiej wyglądają na treningach. Poza tym właśnie rozpoczęła się okropnie długa przerwa w rozgrywkach.

– Ano właśnie. Dla pani to zła wiadomość. Po meczu takim jak w Sopocie, chciałoby się, żeby następny przyszedł jak najszybciej.
– Kolejne spotkanie zagramy dopiero za miesiąc. Żałujemy, bo widać, że „złapałyśmy” świeżość i rytm grania. Gdybyśmy wyszły na parkiet w ten weekend, pewnie zdobyłybyśmy jakieś punkty.

– W miesiąc można zgubić formę i przybrać na wadze, bo święta tuż tuż.
– Jeśli chodzi o dietę, żadnego reżimu nie potrzebuję. Nigdy nie miałam z tym problemu, przy świątecznym stole na pewno sobie nie pożałuję (śmiech). A jeśli chodzi o same treningi – leniuchowania nie będzie. W klubie nam na to nie pozwolą.

– W pani barku wciąż znajduje się śruba?
– Owszem, i to taka niczego sobie, na 3,5 centymetra. Drugą trzymam u siebie w domu w słoiku. Dostałam na pamiątkę od dr Romana Brzóski z Bielska-Białej, który przez trzy godziny mnie operował. Co ciekawe, doktor przyznał, że była to najbardziej skomplikowana operacja barku, jaką wykonał. Zaledwie dwie osoby w Polsce są w stanie ją przeprowadzić.

Rozmawiał: Tomasz Szeliga

Leave a Reply

Your email address will not be published.