Bomba przestanie tykać

Niebezpieczne osadniki są ogrodzone wysokim płotem, ale nie brakuje ryzykantów, którzy go forsują i grzebią w zawartości. Jest w niej dużo, ale nie do odzyskania dla zwykłego śmiertelnika i domowymi sposobami. Fot. Jerzy Mielniczuk
Niebezpieczne osadniki są ogrodzone wysokim płotem, ale nie brakuje ryzykantów, którzy go forsują i grzebią w zawartości. Jest w niej dużo, ale nie do odzyskania dla zwykłego śmiertelnika i domowymi sposobami. Fot. Jerzy Mielniczuk

STALOWA WOLA. Był pomysł zalania stawów betonem, co przypominałoby czarnobylski sarkofag. Analogia nie jest przypadkowa, bo osadniki z obrzeża miasta podobnie straszą.

Miasto dostanie wielomilionową dotację na utylizację stawów osadowych, w których przez lata były składowane pozostałości poprodukcyjne z Huty Stalowa Wola. Jest w nich prawie kompletna tablica Mendelejewa. Najgroźniejsze chrom i nikiel straszą nie tylko mieszkańców Stalowej Woli. Stawy leżą nad wielkim podziemnym jeziorem, z którego wodę do picia czerpie wiele miast Podkarpacia.

To jedna z największych i najgroźniejszych bomb ekologicznych nie tylko na Podkarpaciu. Jej ponadregionalna groźba spowodowała, że Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska zdecydował się wyłożyć 24,5 mln zł. Do pełnego rozbrojenia bomby miasto dołoży ze swojej kasy 6 mln zł. Za dwa lata bomba przestanie tykać.

Pozostanie tylko trawa i ścieżka ekologiczna
Bomba to sześć stawów o powierzchni niespełna 4 ha. Przez kilkadziesiąt lat zrzucano do nich wszystko, co pozostawało z produkcji w HSW. Był to szlam z obróbki metali, farby, rozpuszczalniki, sorbenty i wszelkiego rodzaju oleje. Radosna socjalistyczna produkcja powodowała, że to wszystko trafiało do zwykłych wykopanych rowów. Tylko jeden ze stawów ma podłoże betonowe z bitumicznym zabezpieczeniem. O agresywności zawartości stawów niech świadczy fakt, że właśnie w tym stawie stwierdzono przeżarcia podłoża. W pobliżu tego najmłodszego osadnika stwierdzono w glebie obecność właśnie chromu i niklu. Groźba jest wielka, nie tylko dlatego, że ujęcia wody pitnej dla Stalowej Woli znajdują się 3 km od osadników. Pod nimi jest wspomniane jezioro doskonałej jakości wody, które rozciąga się na przestrzeni między Dębicą, Rzeszowem i Stalową Wolą.

Miasto przejęło stawy od huty sześć lat temu, w zamian za inne działki. To była forma pomocy dla HSW, uciskanej wówczas kryzysem gospodarczym. Podłoże tej zamiany było też inne. Miasto mogło starać się o zewnętrzne pieniądze na utylizację osadników, huta nie. Starania o dofinansowanie ciągnęły się pięć lat. Jeszcze w tym miesiącu dojdzie do podpisania umowy z NFOŚiGW. Wtedy będzie można rozpisać przetarg międzynarodowy na likwidację osadników. Jego rozstrzygnięcie nastąpi latem tego roku. Do zakończenia prac powinno dojść w pierwszej połowie 2018 r. Śladem po osadnikach zostanie ścieżka ekologiczna na zielonych łąkach. Prawo zabrania budowania czegokolwiek na odzyskanych w ten sposób terenach przez 50 lat.

Byli tacy, co chcieli stawy kupić
Ciekawa i technologicznie skomplikowana będzie forma utylizacji zawartości stawów. Tą zawartością interesowali się nie tylko miejscowi złomiarze. Do magistratu zgłaszały się firmy zainteresowane odzyskiem metali, głównie rzadkich. Nie dawały one jednak gwarancji, że to, co pozostanie z odzysku, nie będzie dalej szkodziło. Teraz zawartość jednego stawu zostanie wypompowana, a maź zalegająca w innych doprowadzona do stanu stałego. To będzie można wykorzystać jako kruszywo pod drogi. Będzie to jednak wyjątkowo drogie kruszywo.

Jerzy Mielniczuk

Leave a Reply

Your email address will not be published.