
EDUKACJA. Rodzice protestują przeciwko zmniejszaniu rządowego wsparcia na rzecz nauczania domowego.
Coraz więcej rodziców decyduje się na niewysyłanie swoich dzieci do szkół, a systemowy model kształcenia zastępują edukacją domową. Za popularyzacją tej formy nauczania przemawia ideologia wkraczająca w szkolne progi, w postaci chociażby wczesnej edukacji seksualnej czy polityki równościowej. Od 1 stycznia nastąpiła zmiana finansowania edukacji domowej – rząd obniżył o 40 proc. kwotę subwencji dla uczniów spełniających obowiązek szkolny poza szkołą, co wywołało oburzenie wśród tzw. Homeschoolersów (nauczycieli domowych).
– Edukacja domowa jest bardzo wartościową formą nauczania, która pozwala budować twórcze środowisko edukacyjne, dopasowane do potrzeb dzieci i rodziców. Niestety, nowe przepisy określające wysokość subwencji oświatowej budzą obawy co do jej dostępności i warunków dalszego funkcjonowania. W ostatnim czasie otrzymaliśmy wiele próśb o interwencję od zaniepokojonych rodziców, dlatego zaapelowaliśmy do minister edukacji o zrewidowanie podjętych decyzji w porozumieniu ze środowiskiem edukacji domowej – mówi Tomasz Elbanowski, prezes Fundacji Rzecznik Praw Rodziców, która od kilku lat walczy o dobrą jakość polskiej edukacji.
Zrównane subwencje
Anna Zalewska, minister edukacji narodowej, spotkała się niedawno z ok. 50 przedstawicielami rodziców prowadzących edukację domową, żeby wyjaśnić nowy podział rządowych środków. – Od jakiegoś czasu zrównano subwencje oświatowe ucznia, który jest w szkole od rana do nocy i ucznia, który jest do niej tylko przypisany. Postanowiliśmy to urealnić – powiedziała podczas spotkania.
Szkoły, do których są przypisane dzieci uczące się w domu, ponoszą mniejsze koszty związane z organizowaniem dla nich egzaminów i ewentualnych zajęć dodatkowych. Dlatego zdaniem ministerstwa 60 proc. dofinansowania będzie wystarczające. Efektem dyskusji jest decyzja o kolejnych spotkaniach, podczas których wydelegowana grupa rodziców wraz z ekspertami MEN dokona analizy decyzji związanej ze zmianą rozporządzenia oraz organizacji nauczania domowego.
Edukatorzy domowi bronią swoich praw
Z taką argumentacją nie zgadza się Marianna Kłosińska z Fundacji Bullerbyn, która wspiera rodziny objęte edukacją pozaszkolną. – Kiedy zjawisko edukacji domowej dopiero się wykluwało, rzeczywiście współpraca między rodzicami a szkołą była minimalna. Wtedy można było mówić, że dziecko kosztowało szkołę mniej niż subwencja. Jednak w ciągu ostatnich kilkunastu lat to zjawisko zaczęło się profesjonalizować, a współpraca między rodzicami a szkołą bardzo się rozwinęła. Dzięki państwowemu dofinansowaniu szkoły zapewniały rodzicom i dzieciom bardzo duże wsparcie. Ta subwencja w większości przypadków była na pewno w całości wykorzystywana – powiedziała w rozmowie z Gazeta.pl.
***
323 przedszkolaków i 59 uczniów
Nauczanie domowe w Polsce ma bardzo długą tradycję, ale ustawowo jest możliwe od 1999 r. Zgodnie z ustawą o oświacie rodzice mogą zorganizować dziecku naukę, ale jednocześnie musi być ono zapisane do szkoły i co roku zdawać w niej egzaminy, aby uzyskać promocję do kolejnej klasy. Według szacunków MEN edukacją domową jest objętych ok. 6 tysięcy uczniów (dla porównania wszystkich uczniów jest ok. 5 milionów). – Na Podkarpaciu z edukacji domowej korzysta 323 przedszkolaków i 59 uczniów, głównie szkół podstawowych. Jest to stosunkowo niewielka liczba, gdyż nie jest to łatwe przedsięwzięcie. Część z tych dzieci wyjechała z rodzicami za granicę i w ten sposób pozostaje w łączności z polską szkołą – mówi Ludwik Sobol, dyrektor Wydziału Rozwoju Edukacji i Administracji Kuratorium Oświaty w Rzeszowie.
Magdalena Pachorek



7 Responses to "Ograniczanie alternatywnych form edukacji"